Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocean indyjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocean indyjski. Pokaż wszystkie posty

2.02.2013

Dzień 19 BALI Kuta manta point, mola mola point

Po śniadaniu, które było nieudanym połączeniem śniadania indonezyjskiego i kontynalnego, czyli tostami z bananem (dzieci, nie róbcie tego w domu), przyjechał po nas bus i wyruszyliśmy w drogę. Naszym przewodnikiem/opiekunem został Tom, Australijczyk, który dzieli życie między Bali a rodzinnym kontynentem. Obcokrajowcy nie mogą kupić w Indonezji ziemi, więc kombinują jak mogą, by móc zamieszkać w raju.
W bazie nurkowej dostaliśmy sprzęt. Ja jako jedyna snurkująca dostałam tylko płetwy i siedziałam sobie na krzesełku czekając, aż nurki się ogarną. Kiedy już każdy wybrał sobie zestaw ruszyliśmy do mariny, gdzie stała nasza motorówka.

Pierwszy przystankiem miał być manta point, gdzie jak sama nazwa wskazuje mieliśmy zobaczyć manty „but no guarantee” jak zwykle. Wypłynęliśmy na otwarte wody i pruliśmy przed siebie przełamując olbrzymie fale. Po kilka metrów miały dziady a, że płynęliśmy bardzo szybko to skoki motorówki sprawiały, że za każdym razem unosiliśmy się nad siedzeniem i opadaliśmy z łoskotem na nasze biedne dupencje. Bolało.
Punkt docelowy znajdował się przy jakiejś wyspie i tam na szczęście fale były dużo mniejsze. Nurkowie poubierali się w podwójne pianki, bo woda w oceanie zimna, oraz resztę sprzętu i wskoczyli do wody. Ja już nie tak pro, w stroju kąpielowym i tshircie, uzbrojona w maskę, płetwy i rurkę wskoczyłam za nimi. Na początku miałam w planie podążanie za grupą. Widoczność była dobra, nawet kiedy zeszli na 20 metrów. Przepięknie wyglądały bąbelki które wypuszczali, jak powietrzne, rozedrgane kolumny. Pływałam sobie wśród nich. Zabawnie łaskotały, kiedy się rozpryskiwały dookoła. Skończyło się jednak, kiedy zeszli głębiej. Znudziło mi się i postanowiłam poszukać mant na własną płetwę. Pływałam wypatrując czarnych grzbietów. Fale były spore, pionowe skały wyrastały dookoła i ciągle musiałam uważać, żeby mnie na jakąś nie zniosło.


W końcu ruszyłam w stronę łodzi. Zmarzłam i znudziłam się, bo pod wodą nic ciekawego nie było. Wgramoliłam się na pokład z gracją foki. Chwilę odpoczęłam, kiedy pan z obsługi zaczął pokrzykiwać i pokazywać ciemną plamę kilkanaście metrów od nas „manta!”. No to ja znów, bach do wody i sprintem w stronę plamy. Ciężko było płynąć pod fale, woda zalewała mi rurkę, trudno było utrzymać kurs. Oczywiście głupie bydlę gdzieś zwiało, kiedy w końcu tam dopłynęłam, więc dawaj z powrotem na łódź. Wyszłam na pokład z zamiarem zostania na miłym, ciepłym słońcu i niewskakiwania już nigdy więcej do tej zimnej, mokrej, niesmacznej wody. „Manta, manta! Lot of mantas!” Bosz, faktycznie było dużo ciemnych plam kawał drogi od nas. Cóż było robić, życie to ból. Hopa do wody i sprint w kierunku ciemnych plam. Z poziomu pofalowanej tafli wody nie było widać mant. Obrałam kurs na jedna z wysokich skał, przy których je widziałam i płynęłam ile pary w płetwach.
W końcu straciłam nadzieję, nic nie było widać i znalazłam się niebezpiecznie blisko skał, na które znosił mnie prąd. Machnęłam jeszcze kilka razy płetwami na koniec chcąc zawrócić, gdy przed oczyma mymi ukazał się wspaniały widok. Stado mant, około dziesięciu sztuk różnej wielkości. Największa miała ze trzy metry, najmniejsza metr. W miejscu gdzie się bujały z falami było całkiem płytko i widać je było dokładnie. Czarne grzbiety i białe boki błyszczały w promieniach słońca. Nie wiem do czego można by je było porównać. Manty wyglądają jak manty. Podobno preferują zimne prądy i samotność. Unosiłam się w ciepłym prądzie nad największą, obok niej leniwie dryfowały inne. Tyle na temat informacji z encyklopedii. Zaczęli mnie wołać z motorówki. Wróciłam na pokład prawie równolegle z nurkami. Siedzieliśmy w wodzie ponad 45min i wszyscy zmarzli jak psy. „Widzieliśmy mantę!” pochwalili się, „Łał, super. Ja widziałam całe stado.”, „Nienawidzimy cię.” Ha! :)


Następny przystanek – mola mola point „but no guarantee”. Tym razem nie miałam szansy zobaczyć mola mola bo stworzenie to żyje na głębokości 40m. Polska nazwa to samogłów, bardzo trafna bo wygląda to to jak pół ryby.

 Zacumowaliśmy przy innej wyspie, niedaleko plaży, na której wśród palm stały małe domki.


Nudy. Natomiast olbrzymia skała wystająca z wody kawałek dalej była bardzo interesująca. Na jej szczycie znajdowała się świątynia, do której prowadziły schodki z poziomu wody. No prawie z poziomu. Może udałoby mi się wspiąć, gdyby nie fale, które się o nie rozbijały.


Zapytałam jeszcze przewodnika, czy jest możliwe, żebym dostała się na wysepkę ze świątynią. Nie da rady, za duże fale. No to zostałam na pokładzie, czekając na nurków i grzejąc zmarznięte kości na słoneczku. Wrócili, widzieli, zrobili film i zdjęcia, mogliśmy w końcu zjeść lunch, który składał się z rozmemłanych kanapek z czymś. Zdecydowanie wolę oryginalną indonezyjską kuchnię.


Wróciliśmy do Kuty, pożegnaliśmy Australijczyka i ruszyliśmy do Dziadka na Najlepszy Migor W Mieście.


13.12.2012

Dzień 14 LOMBOK Kuta

Po 24 godzinach w podróży wysiedliśmy na kolejnym parkingu, zostaliśmy przejęci przez kolejnego naganiacza i wsiedliśmy do kolejnego małego autobusu.
Jak się człowiek musi namęczyć na tych wczasach żeby odpocząć.
Kuta (tak, ta sama nazwa miejscowości co na Bali. Indonezyjczycy nie mają tyle fantazji do nazywania miast co Tajlandczycy) to niewielka miejscowość aspirująca do bycia kurortem dla zagranicznych, kichających pieniędzmi turystów. I pewnie będzie. Za jakieś parędziesiąt lat na szczęście. Na razie wszędzie widnieją tablice z ofertą sprzedaży terenów pod hotele itp.

Lombok oprócz niezaprzeczalnych plusów, jakimi jest oszałamiająca przyroda, białe plaże i fale jakby produkowane specjalnie pod surferów ma dwa wakacyjnie istotne minusy: religię, która zabrania korzystania z kusych strojów powszechnie uważanych za wakacyjne i ogólnie panujący syf. Jest to jedno wielkie wysypisko. Na poboczach, na polach, w lesie, w wodzie, wszędzie walają się śmieci, niektóre domy wyglądają, jakby wybudowano je na stercie odpadów. Może wynika to z tego, że kiedyś wyrzucane przez tubylców liście i skórki owoców szybko się rozkładały a folia i plastik nie. Ale przecież mieli sporo czasu, żeby to zauważyć. Kocham Indonezję miłością wielką, ale tego Lombokczykom nie mogę wybaczyć.
Na  Bali czy Flores nie było tego problemu na tak dużą skalę. Nawet najbiedniejsze domki były czyste a podwórka zamiecione.

Zamieszkaliśmy w domku na wybrzeżu. Umowny płotek oddzielał nasze piaszczyste podwórko od reszty plaży. Nocami słychać było szum Oceanu Indyjskiego i tubylców śpiewających karaoke. Naszą gospodynią była starsza, przesympatyczna pani zwana przez nas Mammą. Prowadziła ona też sklepik, a po posesji pałętali się ciągle jacyś faceci, jej synowie, mąż czy inna rodzina, kto tam wie. Codziennie rano przygotowywała nam kawę i naleśniki z bananami na śniadanie. Najlepsze, jakie do tej pory jedliśmy, a po tych dwóch tygodniach mogliśmy się już nazywać ekspertami od indonezyjskich banana pancakes.


Przebraliśmy się w jedne z nielicznych czystych ciuchów, które nam zostały. Mówiąc czyste mam na myśli takie, z których po ruszeniu nie unosi się rudy pył i poszliśmy oglądnąć sobie Kutę. Domy i baraki kryte blachą i strzechą, palmy i łyse, wyżarte przez szare krowy połacie ziemi. Sklepiki z pamiątkami, sztuką i lokalnymi wyrobami tkackimi.
Po drodze znaleźliśmy pralnię, gdzie pani obiecała nam czyste i wyprasowane ubrania. (Gdy odbieraliśmy ciuchy na drugi dzień okazało się, że rozumie przez to wypłukane w mydlinach i wysuszenie na płocie. Ale przynajmniej kurz z nich nie leciał i nie brudziły rąk.)
Kupiliśmy sobie na śniadanie wędzone ryby na patyku i obraliśmy kurs na plażę.
Woda w kolorze perłowego lazuru, białe kuleczki piachu, pusta plaża po której biegały tylko watahy psów i dzieci.
 Plażowy piasek w formie kilkumilimetrowych kuleczek, (chodziło się po tym koszmarnie) a na nim wąż morski, który nie zdążył na odpływ, fajtłapa r.i.p.

Lombocki sposób na znalezienie dzieciom zajęcia: dajemy dziecku do łapek kokosa, bransoletki czy inne takie bzdety i wypuszczamy na plażę. Łażą tam sobie cały dzień taplając się w wodzie i zaczepiają turystów. Same plusy w porównaniu do polskiego modelu wychowawczego: nie trzeba inwestować w sprzęt komputerowy, dzieciaki znają perfect języki obce, są wybiegane, zdrowe i co najważniejsze zmęczone pod koniec dnia.
Dopadło nas takie stado: najpierw psów, zwabionych zapachem ryby. Magdalena jak zwykle rozczuliła się nad ich obgryzionymi uszami. Bo jak wiadomo wataha psów terroryzująca wszystkie inne zwierzęta naokoło i walcząca ze sobą składa się z biednych, szukających miłości fafików.
Potem dzieci. Niejeden sales manager mógłby uczyć się od nich technik sprzedaży. „No, thanks” nie działa, ignor nie działa, nic nie działa, masz kupić bransoletkę i koniec. Mylił by się jednak ten, kto sądzi, że zapłaci za jedną czy dwie i kupi sobie za to spokój. Nic z tego, mali sprzedawcy wychodzą z założenia, że jak już kupiłeś u kolegi to na pewno kupisz też u niego. Całkiem zabawne przez pierwsze pół godziny.


Popływaliśmy trochę w tym przecudnym lazurze, ale zaczął się odpływ.


 Z Kasz i Maciejem wzięliśmy nasze pro aparaty fotograficzne i brodząc w płytkiej wodzie, która odkrywała podwodne formacje, poszliśmy przed siebie w poszukiwaniu ciekawych plenerów.

Maćkowy przecool TLR, zwany pieszczotliwie chlebakiem

 Ze wzgórza przed nami zeszło stado małp. Wyciągnęłam aparat, cóż to było by za zdjęcie. Nagle jednak rozległo się szczekanie i banda głupich psów przegoniła małpy.


W oddali widać było olbrzymie fale rozbijające się o skały, Maciej poszedł dalej, by je obejrzeć z bliska, ja z Kasz wracałyśmy do domku. Po drodze mijałyśmy tubylców zbierających owoce morza w płytkich kałużach powstałych po cofnięciu się wody.


Słońce zaszło za wzgórza, zapadł zmrok. Maciej też w końcu wrócił, z utopionym iPhonem i dziurą w nodze.
Pociągnęliśmy dalej temat ryby i udaliśmy się do eleganckiej restauracji na tuńczyka. Siedzieliśmy przy stole wystawionym na plaży, romantycznie migotały płomyki świec i kolorowe lampiony na drzewach dookoła. Przypałętali się nasi mali znajomi, sprzedawcy bransoletek i zaczęli bawić z nami w berka. W oddali słychać było kogoś mordującego lokalny przebój na karaoke. Wtórował mu pies siedzący nieopodal nas, wyjąc do księżyca.
W końcu, głodni jak mój były jamnik mieliśmy wrażenie, że trwało to wieki a nie pół godziny, na stół wjechał tuńczyk. Jego homeopatyczna ilość polana była suto kolorowym owocowym sosem. Podręcznikowy przykład jak to w knajpach maskują smak nieświeżej ryby. I faktycznie mięso pamiętało kilka wschodów i zachodów słońca, ale cała reszta była bardzo smaczna.
Odgłosy z imprezy karaoke brzmiały kusząco, ale zmęczenie dało o sobie znać i poszliśmy spać. Do prawdziwych łóżek. Ach.

focie: 1,2,3,5 - moi, 4,6 - Kasz

5.12.2012

Dzień 13 przeprawa FLORES, Labuan Bajo, LOMBOK, Kuta

Wczesnym rankiem pożegnaliśmy śliczny hostel, kupiliśmy zapasy na podróż i poszliśmy do portu. W planie mieliśmy płynięcie promem, jazdę ekskluzywnym (tak, tak) autobusem, znów płynięcie promem i jazdę autobusem do miejsca docelowego czyli Kuty na Lombok.

Doszliśmy do olbrzymiego promu który miał nas przewieźć przez pierwszy etap podróży. Przeszliśmy przez dolny pokład na który wjeżdżała właśnie mangowa ciężarówka pełna bananów i wpędzane były wielkie, czarne świnie. Zdziwiło nas to, bo jak wiadomo muzułmanie mają alergię na te urocze zwierzaki.


Sporo samochodów w Indonezji, od osobowych po ciężarówki pomalowanych były w obrazki z mang albo obklejone wizerunkami biuściastych blondynek i tirów.


Po schodach weszliśmy na pokład przeznaczony dla pasażerów. Przy wejściu umieszczony był kontuar baru, za nim w rzędach przytwierdzone były krzesełka. Za krzesełkami był podest pokryty wykładzina na którym spało lub siedziało już kilkoro ludzi.
Wycieczka postanowiła umościć sobie legowisko na podeście, ja się wyłamałam i poszłam na krzesełka przy oknie. Nie lubię wykładzin. Ble. Wzięłam od Pawelskiego Playstation i włączyłam sobie grę z łysym panem o głosie Bogusława Lindy, którego głównym zajęciem było tłuczenie potworów. Pierwszym był Kraken, co dało mi wiele radości. Nagle poczułam łypiące mi zza ramienia kilka par małych oczek. Pojawili się mali fanboje gier komputerowych i kibicowali mi w ratowaniu świata od zagłady, czy co tam się w tej grze robiło.

Dwie godziny później prom wreszcie odcumował i w końcu wyłączono muzyczkę, jeden kawałek drumm&bass puszczany na okrągło.


Wyszliśmy na otwarty w końcu górny pokład, gdzie w doniczkach rosły sobie kwiatki a pranie suszyło się na sznurkach. Kolejne osiem godzin prom pełzł do miejsca przeznaczenia. Nie było nawet urozmaicenia pod postacią zmieniających się widoków bo płynęliśmy tak wolno, że krajobraz stał w miejscu.


Z nudów zwiedziłyśmy wszystkie pokłady, a nawet zaprosił nas do sterówki sam kapitan, który niewątpliwie musiał wykazywać się godną podziwu cierpliwością w takiej robocie.


W końcu dopłynęliśmy na Sumbawę witani pieśnią muezzina i okrzykami tubylców.


Wyszliśmy na suchy ląd i poszliśmy za tłumem w poszukiwaniu naszego Bus Malam Exclusive Class.


Nie ma jednak tak łatwo, zapakowali nas najpierw do małego lokaleskiego busa, który miał nas dowieźć do parkingu BMEC. Jak to w Azji, ludzi wsiadło dwa razy więcej niż teoretycznie jest to możliwe. Ja usiadłam za kierowcą, obok którego zmieściła się jeszcze czteroosobowa rodzina. Bosz, straszne to było. Co prawda krajobrazy przesuwające się za oknem było przepiękne, tamtejsza przyroda zapiera dech, co jeszcze nie raz pewnie powtórzę. Tak piękne, że trudno czasem uwierzyć, że prawdziwe. Siedziałam złożona jak scyzoryk i dolna część ciała bolała jak diabli, nie dało się zmienić pozycji przez dwie godziny. Co dwadzieścia minut ktoś wyciągał papierosa i wtedy reszta lokalesów w geście solidarności robiła to samo, smród koszmarny. Co jakiś czas też na drodze kończył się asfalt i wtedy do autobusu wpadały rude kłęby pyłu ujednolicające kolor naszych i tak już mocno sfatygowanych ubranek.


W Indonezji nie ma zwyczaju picia alkoholu, żadnych pijaczków i wionących etanolem żuli, awantur czy pijackich burd. W Polsce człowiek tak się do tego przyzwyczaja, że uznaje za normalne i dopiero po powrocie z kraju gdzie tego nie ma widać, na jaką skalę występuje to u nas i jak jest patologiczne. Za to w Indonezji wszyscy faceci palą papierosy. Nie dotarła tu jeszcze zachodnia moda na niepalenie czy też ostrzeżenia jakim papieros jest złem.
Tatuś rodzinki siedzącej przede mną trzymał małego, śpiącego dzieciaka na kolanach osłaniając mu buzię przed słońcem. Uroczo. Ale jak miał ochotę na papierosa to trzymał zapalonego kilka centymetrów przed nosem berbecia.
Dotarliśmy do celu. Kierownik indonezyjskiego pekaesu sprawdził nasze bilety, zapisał na liście, dostaliśmy chwilę na zjedzenie obiadu i wreszcie mogliśmy wsiąść do naszego pięknego Bus Malam Exclusive Class. Na bilecie wielkimi pogrubionymi literami napisano, że jest w nim toaleta.
„Pewnie z wiadrem i nabierakiem haha” tak sobie zażartowałam. „Pewnie tak” również zażartowała reszta wycieczki.
Mieliśmy miejsca z tyłu autobusu, przy toalecie, w której, a owszem, stało wiadro pełne wody i nabierak. Przy pełnej wertepów drodze którą jechaliśmy nie mam pojęcia jakim cudem to ustrojstwo tam się utrzymało i nie zatopiło pojazdu. Pewnie jakaś azjatycka magia.
Sam autobus wyglądał tak, jakby swoje pierwsze życie przeżył dajmy na to w Niemczech, potem dostali go w darze Polacy i kiedy przestał spełniać już nawet nasze normy sprezentowaliśmy bus Indonezyjczykom. Jedyne co było w nim fajne to rozkładane fotele. Siedzieliśmy z Longinem w ostatnim rzędzie przed wyjściem i maksymalny kąt rozwarcia naszych wynosił jakieś 200°. Exclusive dla jogginów.
Jechaliśmy. Znów włączyłam sobie audiobook, tym razem książkę o wściekłym psie ludożercy, która wraz z telepaniem się autobusu ululała mnie do snu.
Po jakimś czasie obudzili nas na obiad w szopie o północy. Każdy dostał kupon, który można było wykorzystać na porcję ryżu z jajkiem i warzywami, albo na skorzystanie z toalety w tymże przybytku. Jechaliśmy dalej, już bez przystanków. Obudziłam się jeszcze raz, kiedy autobus płynął promem, potem już nie było żadnych atrakcji i o poranku nasze stopy pierwszy raz dotknęły Lomboku.

Zdjęcia: 4,5,7 - Magdalena, reszta ja, 1 podkład Google Map

30.10.2012

Dzień 3 BALI, Kuta, Uluwatu



O poranku dziewczynki wyruszyły w poszukiwaniu nowego hostelu. Okazało się, że nasz deluxe umieszczony jest niedaleko knajpy, w której całą noc puszczano bardzo głośne techno czy coś w ten deseń, co dało nam dużą motywację. Chłopcy mieli za zadanie wynająć skutery.
Kilka bocznych uliczek dalej trafiłyśmy do uroczego hostelu prowadzonego przez wiecznie uśmiechniętego pana, który wydawał się stać obok siebie. Narkotyki są w Indonezji bardzo nielegalne, alkoholu praktycznie nie ma. Podejrzewaliśmy, że jest napędzany magic mushroms, które to nie są w Indonezji uznawane za narkotyk i można je kupić wszędzie. Nie spróbowaliśmy, uprzedzam pytanie, wiem, mięczaki z nas.
Anyway, przenieśliśmy graty, co szło nam coraz sprawniej, wsiedliśmy na skutery i wyruszyliśmy w stronę Uluwatu, świątyni poświęconej duchom morza.


Pura Luhur Uluwatu, można przetłumaczyć jako: świątynia (Pura) szlachetny (Luhur), koniec ziemi (ulu), skała (watu), że tak błysnę lingwistycznie. Piękne mają te nazwy w Azji. Jest to kompleks sakralny zbudowany na skalnym klifie 250 m n.p.m.
Stojąc na krawędzi skały, mając pod sobą rozbijające się o brzeg fale oceanu a przed sobą tylko pustą przestrzeń czuje się człowiek, jakby faktycznie stał na krańcu Ziemi.


Z tych wzniosłych uczuć i refleksji wyrwały nas małpy. Łażą sobie dookoła, wspinają na mury, drzewa i turystów szukając błyszczących, obluzowanych itemów, które można ukraść. Przekonał się o tym Pawelsky, niepomny ostrzeżeń Kasz nie dość mocno pilnował swoich okularów. W ciągu milisekundy zmieniły one właściciela na grubego małpiszona z bardzo ostrymi zębami. Po dokonanej kradzieży usiadł sobie na murze i z zamyślona miną, niczym profesor zastanawiający się nad tajemnicami wszechświata, żuł końcówkę okularów nie zwracając uwagi na Pawelskyego, który obiecywał krwawą i okrutną zemstę jemu, jego rodzinie i znajomym. 


Nagle, znikąd pojawił się pan z obsługi i rzucił małpie kawałek owocu. Ten złapał go z gracją lewą łapką, prawą odrzucił okulary i z niezmienionym wyrazem pyszczka zabrał się za szamanie banana.
Te małpy nie są takie głupie.

Sporo radości daje obserwowanie jak obrabiają ludzi z różnych przedmiotów. Oczywiście pod warunkiem, że to nie my jesteśmy tymi ludźmi. Jedna z turystek miała mniej szczęścia niż Pawelsky, małpa ukradła jej okulary przeciwsłoneczne i uciekła do dżungli. Przypuszczam, że gdzieś w okolicach świątyni jest ich wielka sterta. Albo małpy pracują w branży obrotu kradzionymi okularami. 


Innemu chłopakowi małpi dzieciak wyrwał butelkę z wodą, odkręcił zakrętkę i duszkiem wypił całą zawartość. Mnie małpy oblazły, gdy na chwilę usiedliśmy w świątynnym amfiteatrze. Jedna malutka i urocza usiadła na moich kolanach, włożyła swoja dłoń w moją i wdzięczyła się patrząc słodko w oczy. Jej dwie kumpele w tym czasie próbowały otworzyć plecak, wygrzebać coś z kieszeni i odpiąć bransoletkę.

 W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o wioskę surferską położona na stromej skarpie. Siedzieliśmy przy stoliku jedząc nasi goreng i obserwując słońce leniwie chowające się za horyzontem. Potem zeszliśmy na brzeg oglądając odkryte przez fale odpływu różne dziwne morskie formacje i łaskawie pozwalając lokalesom robić sobie z nami zdjęcia. Dopiero po zachodzie słońca wyruszyliśmy w drogę powrotna do Kuty. 

Ulice na Bali są permanentnie, od rana do wieczora zakorkowane. Jeden za drugim samochody, głównie Toyoty wloką się w żółwim tempie. Miałam wrażenie, obserwując te niekończące się sznury pojazdów, że samochód na Bali dostaje się za karę. Zupełnie inaczej wygląda sprawa ze skuterami.
W niezliczonych ilościach śmigają po ulicach, nie imają się ich korki ani przepisy drogowe. Omijają stojące samochody z lewej, prawej i środkiem przeciskając się między nimi na grubości gazety. Kierowcy nie robią z tego problemu uprzejmie ustępując miejsca, zapewne głównie z obawy o stan lakieru swojego autka. Z tego, co widziałam na skuterze mieści się w porywach do sześciu pasażerów a także wszelkiego rodzaju sprzęty kilka razy większe od pojazdu i kierowcy razem wziętych. Przewozi się także liście palmowe, bambusy, trzodę, drób i co tylko.

My na szczęście na skuterach - faceci za sterami, damy jako balast – jechaliśmy coraz sprawniej w miarę nabierania przez naszych kierowców skuterowych skilsów. Oczywiście nie obyło się bez przygód, zgubiliśmy w ciemnościach Macieja & Kasz, naszych przewodników. Ale wychodząc z założenia, że skoro jesteśmy na wyspie, to w końcu i tak trafimy na miejsce, jechaliśmy dalej. No i trafiliśmy.

Zdjęcia: drugie Magdalena, ostatnie Longin reszta ja

28.10.2012

Dzień 2 BALI, Denpasar, Kuta




O 11:30 wysiedliśmy z mrożącego klimatyzacją samolotu na gwarnym i gorącym lotnisku w Denpasar. Znów zgubiliśmy godzinę. Długo kombinowaliśmy z wynajęciem taksówki do Kuty a i tak okazało się, że najtaniej jest w oficjalnym lotniskowym okienku.
W taksówce, przy kierownicy leżał talerzyk z ryżem, kwiatkami i ciasteczkami.

Balijczycy to bardzo religijny naród. Wierzą, że świat dzieli się na trzy sfery: wysoki świat dewów do którego przynależą bogowie i duchy przodków, ziemski świat demonów i przynależny ludziom kawałek leżący pośrodku. A jak wiadomo każdy, nawet bóg czy demon, jak głodny to zły, więc składają kilka razy dziennie ofiary w miejscach zamieszkania i pracy. Jest to jedzenie, które sami lubią, papierosy i kwiaty.


Agama hindu dharma to religia, odmiana hinduizmu, która występuje tylko na Bali. Zawiera w sobie elementy buddyzmu oraz animistycznych kultów lokalnych. Dzięki temu jest tak barwna i niesamowita.
Hinduizm indyjski sam w sobie jest bardzo skomplikowany a Balijczycy asymilując go dodali jeszcze sporo do siebie. Przykładem może być panteon balijskich bogów i bogiń, weźmy taką Durgę: w indyjskim hinduizmie jest uważana za jedno z kobiecych wcieleń Śiwy, boga paradoksów. Jego pełna pozornych sprzeczności natura w indyjskim hinduiźmie przejawia się tym, że może on przyjąć formę Paravati – łagodnej i pełnej macierzyńskich uczuć, lub Kali, mściwej i wrednej.
W hinduizmie balijskim Dewi Durga uważa się za małżonkę Dewa Siwa. Wraz z Dewa Siwa są niszczycielami negatywizmu. Podobną do Kali Jest Rangda, jedno z wcieleń Dewi Durga.
Kali, w indyjskim hinduizmie, stanowi bardzo ciemną i mściwą stronę Śiwy, w Balijski hinduizmie Rangda stanowi bardzo ciemna i mściwa stronę Dewi Durga.
 Rangda jest często przedstawiana jako Królowa Czarownic, ekspert w czarnej magii, krwiożerczy kanibal, wróg opiekunów Bali.
Tak to mniej więcej wygląda. Prawie tak zamotane jak „Moda na Sukces”.


Wizerunki bóstw i demonów widoczne są wszędzie, Garuda na kontuarze w hotelowej recepcji czy rzeźba stojąca na środku skrzyżowania i przedstawiająca boga wyrywającego flaki z brzucha jakiemuś demonowi. Groźnie wyglądający policjant ma kwiatek za uchem bo właśnie wrócił ze świątyni, a sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami banknotem, który od Ciebie dostała, trzepie po całym asortymencie „na szczęście”, bo jesteś jej pierwszym klientem dzisiaj. Każdy dom ma swoją świątynię rodzinną poświęconą duchom przodków i pomniejsze kapliczki dla bogów, w których składa się ofiary.

Sama architektura jest równie bajkowa, widać w niej olbrzymie poczucie estetyki Balijczyków, dbałość o detal i harmonię. Wszystko to robi olbrzymie wrażenie zwłaszcza w porównaniu z islamską częścią Indonezji którą widzieliśmy, jej prostym, prymitywnym budownictwem i ogólnym marazmem muzułmanów żyjących w duchu insz Allach.

 Brama do przeciętnego balijskiego domku jednorodzinnego
Wysiedliśmy na ulicy przy plaży i ruszyliśmy w poszukiwaniu hostelu. Na nasze nieszczęście był koniec Ramadanu, Bali przeżywało najazd imprezujących muzułmanów i na większości hostelowych bram wisiała tabliczka FULL. W końcu jednak udało się nam znaleźć pokoje, w opcji exclusive. Czyli zamiast wiatraka zamontowana była w nim klimatyzacja. Osobiście nie polecam. Chyba, że ktoś lubi mieć zapalenie płuc, czy złapać jakiegoś egzotycznego grzyba.
Tu nastąpiło moje pierwsze spotkanie z indonezyjską wersją łazienki. Co prawda toaleta była europejska a nie „na narciarza”, ale zamiast papieru toaletowego i stało sobie wiadro napełnione wodą z pływającym w nim nabierakiem. Pełniło ono również rolę spłuczki.


Indonezyjczycy dość swobodnie traktują sztukę projektowania instalacji wodno-sanitarnych i każda toaleta w nowo odwiedzonym hostelu czy restauracji dostarczała nam nowych wrażeń.

Po prowizorycznym rozpakowaniu i zimnym prysznicu (pokój nie był na tyle exclusive, żeby była w nim ciepła woda. Ale kto w Indonezji potrzebuje ciepłej wody?) poszliśmy na plażę. Przeciskaliśmy się wąskimi, kolorowymi uliczkami pełnymi kramów z pamiątkami, wypożyczalni desek surferskich, salonów tatuażu i masażu. Bladzi jak tyłek eskimosa (wszyscy prócz Madzi dbającej o swoja całoroczna opaleniznę) zdecydowanie odcinaliśmy się od otoczenia. 


Na plaży odgrodzonej od ruchliwej ulicy wysokim murem trwał właśnie odpływ. Łaziliśmy sobie po czarnym, wulkanicznym piachu. Brodziliśmy w wodzie witając się z oceanem i podziwiając widoczne na horyzoncie wulkany. 


Tu też pierwszy raz poczułam się jak celebrytka. Podbiegła do mnie mała Azjatka i zapytała, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie, bo jestem „beautiful”.
Ach, no przestań, ależ oczywiście, jak tak bardzo chcesz. 
Podobno wg Indonezyjczyków zdjęcie z białasem przynosi szczęście, więc podchodziła do nas zwykle grupa nastolatków i robiliśmy sobie słit focie w różnych konfiguracjach, żeby każdy się załapał. Powtarzało się to później na każdej wyspie, w każdej wiosce aż do momentu, kiedy skóra z matrixowobiałej zmieniła kolor na oliwkowy.

 Noc w Indonezji leżącej na równiku zapada szybko. Przed 19 było już ciemno. Kiedy zrobiło się chłodniej, wybraliśmy się w poszukiwaniu pożywienia. Szliśmy przez ciemną uliczkę pełną restauracji i kramów z jedzeniem, aż dotarliśmy do lokaleskiej wersji naszego baru Miś. Ustawiał się człowiek w kolejce przy gablocie z misami pełnymi różnych pyszności, dostawał koszyk wyścielony nieprzemakalnym papierem wypełniony ryżem. Pan z obsługi nakładał nam do tego ryżu to co wskazaliśmy z gablotki: smażone tofu, kurczak, krewetki, warzywa, makaron, orzeszki, przeróżne sosy i dodatki, w tym niesławny Sambal. Ja rzuciłam „mojemu” panu nakładaczowi hasło „no spicy” przez co wybór gwałtownie się skurczył. A to co dostałam i tak rozniecało ogień w przełyku, mimo to było pyszne. Byliśmy jedynymi turystami w Misiu, więc wzbudzaliśmy sensację a idąc przez lokal do toalety czułam na sobie spojrzenia niczym Nicole Kidman krocząca po czerwonym dywanie by odebrać Oskara.


W przewodnikach ostrzegają, co prawda, żeby nie stołować się w przydrożnych knajpkach i budkach z jedzeniem tylko restauracjach dla turystów. Ale tak na zdrowy rozum, lepiej jest zjeść świeże jedzenie w miejscu gdzie siedzi mnóstwo tubylców niż w pustawej restauracji dla turystów. Może i są tam kolorowe serwetki, ale i tak pracujący w kuchni nawyki dotyczące higieny mają zdecydowanie bardziej azjatyckie niż europejskie.
Przez całą podróż żadne z nas nie miało poważniejszych problemów z żołądkiem. Dużą zasługę w tym miał ostry jak pazur szatana sambal, indonezyjski sos chili. Wielkim jego fanem był Longin. Nakładał on sobie zawsze olbrzymie ilości tego specjału a potem siedział z łzawiącymi oczami łapiąc powietrze niczym karp wyciągnięty z wody. Tak, proszę państwa, sambal to nie zabawa dla amatorów. Obecnie, po długim, morderczym treningu Longin ma w tej dziedzinie czarny pas.

Zdjęcia: ostatnie Longin, reszta moi