Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuta. Pokaż wszystkie posty

20.02.2013

Dzień 21 BALI - Bangkok

Samolot do Bangkoku mieliśmy dopiero o 12, dlatego poszliśmy jeszcze na ostatni, sentymentalny banana pancake. Kupiłam sobie też torbę, dookoła której chodziłam od początku wyjazdu. Ostatnie targowanie się. Było koło dziewiątej i sprzedawcy poprawiając kwiaty we włosach rozkładali swoje kramy po powrocie z uroczystości w świątyniach. Weszłam do jednego z nich i od razu podeszła do mnie sprzedawczyni. Wskazałam torebkę, zaśpiewała mi cenę 150k. odpowiedziałam jej, że mogę dać 40k. Zgodziła się mówiąc, że sprzedaje mi za tak niską cenę dlatego, że dziś jest święto i chce zyskać przychylność bogów. Wzięła ode mnie banknot i trzepnęła nim na szczęście, po kolei nad każdą półką z towarem.

Czas mijał nieubłaganie, nałożyliśmy plecaki, wymeldowaliśmy się z hotelu i ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu taksówki. Psy wyły, koty miauczały żałośnie, dzieci płakały, opuszczaliśmy Bali.

 so sad...

Taksówkę znaleźliśmy bez problemu. Taksówkarz okazał się niezwykle rozrywkowym facetem. Włączył muzykę na cały regulator, dał nam bębenek, w jedną rękę chwycił tamburyn do drugiej grzechotkę, auto prowadziło się samo jak przypuszczam i popędziliśmy z przytupem na lotnisko.


Na lotnisku tłok i ogólny zamęt, na tablicy odlotów i przylotów widniał radosny komunikat błędu Windows, gapiąc się na niego prawie wpadłam na kobietę z gdaczącymi torbami. Wskazówka dla chcących podróżować samolotem z kurami: pakujemy kurę w sztywną, płócienną torbę, w której wcześniej wycięliśmy otworki na wysokości dziobka.

Tym razem samolotem wyjątkowo trzęsło. Wylądowaliśmy jednak w Bangkoku bez przeszkód. Na miejscu wynajęliśmy taksówkę i pojechaliśmy do tego samego hostelu, w którym zaczynaliśmy naszą przygodę. Było już późne popołudnie i nie chcieliśmy tracić czasu. Umówiliśmy się jeszcze z taksówkarzem, że przyjedzie po nas następnego dnia.
Gdy wynajmowaliśmy pokoje wszystkie Bangkockie moskity zleciały się, żeby nas powitać. Oczywiście pogryzły tylko mnie, więc jeżeli ktoś chce przeżyć wakacje bez bycia pokąsanym to wystarczy moi ze sobą zabrać.
Wyszliśmy coś zjeść. Najpierw do naszej Pani Od Najlepszego Mie Gorenga W Całym Bangkoku. Jeśli miałabym porównywać to, o ile uliczne jedzenie w Indonezji jest naprawdę dobre i interesujące, tak w Tajlandii była to poezja w iście brawurowym wykonaniu.


Po napełnieniu brzuszków wybraliśmy się do Sali treningowej Muay Thai, która mieściła się o rzut beretem od naszego hostelu. Miałam nadzieję zobaczyć wojowników w akcji, przynajmniej na treningu. Podobno wejście na walkę kosztuje ciężkie pieniądze (jak zwykle special price dla turystów), ale i tak nie mieliśmy na to czasu. Niestety przyszliśmy za późno i treningi już się skończyły. Trudno. Po prostu trzeba wrócić do Tajlandii, nie ma innej opcji.
Mieliśmy ochotę zaszaleć na zakupach. Urocza kelnerka poleciła nam nocne targowisko z ciuchami i innym badziewiem tak drogim sercu każdego turysty. Zatrzymaliśmy tuk-tuk i wpakowaliśmy się do niego w piątkę (bałam się, że nie będzie to możliwe, bo to na oko pojazd dwuosobowy, ale widocznie jesteśmy tak smukli, gibcy i wysportowani, że nie było problemu) i pojechaliśmy na targ.


 Zapadał zmrok, złote pałace i świątynie rzęsiście oświetlone wspaniale prezentowały się na tle granatowego nieba. Kierowca wysadził nas na jakiejś ciemnej i pustej ulicy. Szliśmy w stronę światła i kolorów, aż doszliśmy do straganów z kwiatami. Myślałam, że to fragment targowiska o które nam chodziło.
 Pokonywaliśmy jednak kolejne przecznice, wręcz brodząc w kwiatach, a sceneria się nie zmieniała. 

 

Było to coś niesamowitego, przepiękne, tropikalne rośliny leżały w niedbałych stosach, albo ułożone były w fantazyjne bukiety i girlandy. Setki rodzajów storczyków, lilie, róże, jaśmin i inne kwiaty znane głównie z ogrodów botanicznych.


Od kolorów i zapachów kręciło się w głowie, nie pomagał fakt, że nikt z tubylców tam przebywających nie znał angielskiego ani polskiego. Szliśmy jednak zawzięcie przed siebie, potem kilka razy skręciliśmy w jakieś boczne uliczki i w magiczny sposób znaleźliśmy się nad rzeką, gdzie odbywał się targ ciuchami, butami i różnymi mangowymi gadżetami. Jak to w Tajlandii, prawie oryginalne marki. Rzuciliśmy się na zimne napoje, Magdalena postanowiła uczcić nasz sukces łapiąc amebę i zakupiła colę w worku z lodem.
Była 22 i stoiska dopiero otwierano. Chodziliśmy oglądając, mierząc, przebierając, macając. Większość towaru była patriotycznie "made in Thailand", miła odmiana po polskich sklepach z chińszczyzną. Świetne męskie tshirty z nadrukami superbohaterskimi, memowymi, i innymi interesującymi grafikami, czasem ocierało się to nawet o sztukę. Damy natomiast mogły się ubrać w koszulkę z Hello Kitty albo króliczkiem Playboya. Poczułam się dyskryminowana przez Tajlandzki przemysł tekstylny, bo chciałam Boba Feta.
Łaziliśmy tam kilka godzin, bo było co oglądać, na przykład pudel z różowymi uszami zdobył moje serce.


A pan z tatuażem ochoczo zgodził się pozować do zdjęcia. Tajowie uwielbiają swoje wielkopołaciowe tatuaże.

Wróciliśmy na Khaosan pełną sprzedawców wszystkiego i turystów, pulsującą gwarem i muzyką, od sentymentalnych gitarowych szlagierów po dyskotekowy łomot. Ulica tzw turystyczna, nie był to na szczęście odpowiednik polskiego deptaka w Sopocie. Ludzie w luźnych strojach, w dekadenckim klimacie artystycznej bohemy. Było się częścią tłumu, ludzi o kompletnie różnych historiach i ścieżkach życiowych, który łączyło tylko to, że znajdowali się właśnie w tej chwili, w tej części świata.
Ostatnie baty wydaliśmy na jedzenie, biżuterię, masaże i gumę do żucia o jakimś dziwnym smaku, której nawet nie spróbowałam, bo gdzieś posiałam po powrocie. Leży teraz gdzieś i się przeterminowuje, jedyna taka guma w Polsce. Smuteczek.
Nie chciało nam się wracać mimo, że do przyjazdu taksówki zostało około czterech godzin. Siedzieliśmy na schodach prowadzących do jakiegoś eleganckiego hotelu i żuliśmy mie goreng uśmiechając się do portiera w liberii, obserwując małe kobietki na wielkich obcasach nagabujące grubych i starych białasów. Jeden się uroczo zaczerwienił i prawie uciekł z objęć wieszającej się na nim dziewczyny, co przywróciło mi wiarę w męski ród.
W hostelu ostatni zimny prysznic, ostatnie pacnięcie moskita i w końcu do łuzia na te dwie godziny przed odjazdem.

16.02.2013

Dzień 20 BALI Kuta Gunung Abang, Batur

Pobudka piąta rano. Tego dnia zaplanowaliśmy zrobić ok 200km. Wsiedliśmy na skutery z zamiarem zajeżdżenia ich i siebie przy okazji na śmierć, w myśl hasła "alleluja i do przodu".
Pierwszym celem był wulkan Batur. Czynny, jego ostatnia erupcja miała miejsce 12 lat temu.
Jechaliśmy sukcesywnie pnąc się pod górę. Mijaliśmy kolejne wioski przystrojone z okazji święta mającego odbyć się następnego dnia.
W każdej wiosce, oprócz małych, przydomowych, znajduje się kilka świątyń o różnym przeznaczeniu i dedykowanych innym bóstwom. Zatrzymaliśmy się przy jednej z nich, bardzo okazałej i pomarańczowej. Weszliśmy do środka zaproszeni przez panią, która zajmowała się sprzątaniem i ozdabianiem. Musieliśmy tylko zawinąć się w sarongi.


Na terenie świątyni byliśmy sami, można było w spokoju pozaglądać we wszystkie zakamarki. Posągi bogów i demonów ubrane były w chusty. W tym sezonie w modzie demonów trendy jest czarno-biała kratka. Przybrane były również były ołtarze i kapliczki. Błyszczały w słońcu instrumenty orkiestry gamelanu. Widać było jak ważny jest dla Balijczyków każdy detal, nawet zdawałoby się nieistotne fragmenty budowli były bogato zdobione.




Zgłodnieliśmy straszliwie, bo wyjechaliśmy bez śniadania. Ruszyliśmy dalej szukając jakiegoś warunga. O tak wczesnej porze większość była pozamykana, jednak bogowie nam sprzyjali i znaleźliśmy w końcu miejsce, gdzie można było coś zjeść. Buda przy domu właścicielki. Na stole cerata w kratę, na ścianach solidarnie wisiały wersety z Koranu, Jezus, Ganeś i jakieś gwiazdy seriali.
Nasi goreng na śniadanie. Ryż z warzywami, tofu i jajkiem. Ryż z pobliskich pól, jajka od szczęśliwych kur biegających za robakami kilka metrów dalej, warzywa z ogródka, orzeszki z targu. Dobre to było. Czekając aż reszta wycieczki skończy się bawić jedzeniem, poszliśmy z Maciejem oglądnąć wioskę. Rozbroiły mnie rzeźby przy skrzyżowaniu. Balijczycy z ułańską fantazją podchodzą do tematu przedstawiania swoich bóstw i demonów. Nie bawią się w subtelności czy niedopowiedzenia, nie trzeba się jakoś specjalnie długo zastanawiać nad tym, co autor dzieła miał na myśli.

Nasz św. Jerzy walczący ze smokiem zdecydowanie traci w porównaniu...

Maruderzy skończyli jeść. Wskoczyliśmy na nasze stalowe rumaki i pomknęliśmy dalej przez dżunglę, pola, kolejne wioski, mijając przystrojone świątynie i reklamy Marlboro. Robiło się coraz zimniej. Wkładaliśmy na siebie kolejne warstwy ciuchów i znów wyglądaliśmy jak żule przy eleganckich tubylcach.


W końcu dotarliśmy na punkt widokowy na Batur, skąd rozpościerał się oszałamiający widok na jezioro wypełniające kalderę i Gunung Abang. Jest to najwyższy punkt na obręczy krateru Batur i, na 2151m, trzeci co do wysokości na całym Bali. Abang była częścią Batur, ale w czasach prehistorycznych nastąpiła erupcja tego olbrzymiego, 4000 metrowego wulkanu i pozostała po nim tylko duża kaldera i mały stożek – dzisiejszy Batur.

Tu dopadała mnie moja nemezis - mała, kruczowłosa, azjatycka dziewczynka. Nagle usłyszałam „buy one, buy one”. Popatrzyłam w dół a tam stała ona z naręczem bransoletek i świdrując mnie czarnymi oczkami powtarzała jak mantrę „buy one”.  Miałam nadzieję, że jej się w końcu znudzi, ale nie. Łaziła za mną jak cień powtarzając w kółko „buy one”. W końcu, kiedy szliśmy już w kierunku skuterów poddałam się. Kupiłam dwie bransoletki. Magdalena śmiała się jak fretka. Mina jej zrzedła, kiedy złamana przeze mnie klątwa małej azjatyckiej dziewczynki przeniosła się na nią. Miała szczęście, bo chwilę potem jechaliśmy już dalej. Mi jeszcze przez jakieś piętnaście minut dźwięczało w głowie „buy one, buy one...”

 
Zjechaliśmy na dno kaldery, dookoła nas rozciągał się postapokaliptyczny krajobraz. Porowate głazy zastygłej lawy porośnięte wyschłą trawą i krzakami. Gdzieniegdzie stała chatka kryta blachą falistą, albo błyskało zielenią małe poletko.


Kierowaliśmy się w stronę Pura Tampuryang, niewielkiej świątyni zbudowanej z czarnego kamienia, poświęconej bogom i demonom żyjącym w wulkanie.


Żeby się do niej dostać musieliśmy przejechać przez las iglasty. Miałam wrażenie, jakbyśmy się znaleźli nagle w polskich górach. Psuły je tylko pojawiające się co jakiś czas bambusy. Pewnie wysokość, na której się znajdowaliśmy sprzyjała stałemu obniżeniu temperatury i drzewa iglaste miały dobre warunki rozwoju. Tylko skąd tam się wzięły nasiona tych drzew, skoro dookoła rosła tylko roślinność strefy równikowej?
Pojechaliśmy dalej, wzdłuż jeziora Batur zatrzymując się na chwilę, kiedy zobaczyliśmy intrygujący las białych i żółtych parasolek.


Okazało się, że jest to miejsce ceremonii pogrzebowych. Kilka metrów dalej za parasolkami widniał prostokąt wypalonej ziemi, gdzie odbywało się palenie zwłok. Obok każdej parasolki znajdowała się ażurowa sylweta popiersia człowieka i słupek z numerkiem. Walały się stare szczątki wieńców, darów i oczywiście japonki nie do pary. W całej Indonezji, na plażach, w dżungli, przy drodze i na polach można spotkać smętnie poniewierające się bez pary klapki.
Obrzędy pogrzebowe na Bali również są niezwykłe. Ciało zmarłego umieszcza się w wielkiej krowie. Następnie krowa wraz z zawartością jest spalana, a popioły umieszcza się w naczyniu, np. skorupie orzecha kokosowego. Potem żałobnicy udają się nad brzeg rzeki albo oceanu i tam popioły zostają wsypywane do wody. Bardzo romantycznie z elementami humorystycznymi, też tak chcę.

 Bardzo z czegoś zadowolona balijska trumna.

Obraliśmy kurs na wulkan Agung, na którego zboczu znajduje się świątynia Besakih.
Jechaliśmy drogą, która wyglądała jakby wycięto wąski fragment dżungli i na to miejsce włożono kawałek asfaltu. Tego dnia przebieg naszej wyprawy wyglądał jak odkrywanie mapy w Skyrim czy innym RPG. Fog of war rozwiewała się kolejno odsłaniając nam krajobrazy wulkaniczne, lasy iglaste, dżunglę, pola, wsie, jeziora i tak dalej, całe spektrum widoków.


Żeby było weselej natrafiliśmy na policyjną blokadę. Uzbrojeni po zęby w kałasze i pistolety policjanci kazali nam zjechać na pobocze i zażądali dokumentów. O ile chłopaki mieli prawo jazdy polskie, międzynarodowe i jakie tylko, Kasz nie miała nawet biletu miesięcznego. Groźny oficer zabrał ją do samochodu i zaczął spisywać. Baliśmy się przede wszystkim tego, że zabronią jej dalej bez dokumentu jechać. Tak by to się odbyło w Polsce. Ale Polska była bardzo, bardzo daleko. Kasz w końcu do nas wróciła i zdała relację: „Powiedziałam mu, że zapomniałam prawa jazdy w hotelu. Dał mi mandat 150k rupii i wypisał zastępcze prawko ważne przez 3 dni, żebym w przypadku kolejnego zatrzymania nie miała kłopotów.”
Mogliśmy jechać dalej. Magdalena zapytała jeszcze, czy możemy sobie zrobić zdjęcia z policjantami. Popatrzyli się na nas dziwnie, zawiedzeni, że ich groźny wygląd a la Rambo nie robi specjalnego wrażenia i kazali ruszać.
W wioskach przez które przejeżdżaliśmy suszyły się goździki rozsypane na płachtach przy drodze. Padł pomysł zakupu. Zajechaliśmy do gospodarstwa, do którego podejrzewaliśmy, że goździki należą. Zbiegła się cała rodzina wielce zaaferowana i dobiliśmy targu wzbogacając się o półkilowy wór. Goździki jako przyprawa to pąki kwiatków drzewa goździkowego. Chciałam zobaczyć jak to wygląda w naturze, poszliśmy więc dalej dróżką między polami w poszukiwaniu tego drzewa. Nagle z oddali usłyszeliśmy zziajany głos „Hello turist!” i spomiędzy liści ogórka wybiegł w nasza stronę uśmiechnięty grubasek.


Przywitaliśmy się, kazał nam za sobą iść z dumą pokazując swoje ogórkowe pole, po czym zaczął wołać żonę. Przyszła urocza dziewczyna. Magnat ogórkowy, jak nazwaliśmy grubaska, nazrywał dla nas ogórków, po czym żona je umyła i zasiedliśmy do degustacji. Porozpływaliśmy się w zachwytach, pogadaliśmy trochę o bzdurach, dostaliśmy po ogórku na drogę i pożegnaliśmy się wylewnie.


Jechaliśmy dalej mijając kury w klatkach czekające na ceremonię, kiedy zostaną złożone w ofierze.
Żeby dostać się do świątyni Besakih trzeba było zapłacić za: wjazd na parking, bilet wstępu, podatek od biletu, wynająć sarong jeżeli ktoś nie dysponował własnym i za wpis do jakiejś księgi, jeżeli się nie było asertywnym. Oczywiście dla białasów wszystko w cenie dużo wyższej od tej dla tubylców.


Gdy po pokonaniu dziesiątek schodów dotarliśmy do bramy świątyni, drogę zablokowali nam przewodnicy, którzy stadnie okupowali schody przed wejściem na teren świątyni. Okazało się, że bez przewodnika niewierny nie może wejść do środka. Było to bezczelne kłamstwo, bo bez asysty też można było bez problemu wejść bocznym wejściem i samemu zwiedzić cały kompleks. Ale tego przewodnicy, żądający słonej zapłaty za swe usługi, już zapomnieli dodać. Wtedy mój wakacyjny chillout mnie opuścił i głośno oznajmiłam szanownym panom, że za wejście już zapłaciłam i nie mam zamiaru wydać ani rupii więcej, i, że wstydu ni honoru nie mają itd. pojechałam im radośnie. Koniec końców mogliśmy wejść przez główną bramę po uiszczeniu dobrowolnej ofiary na świątynię. Kiedy zaglądał mi przez ramię, żeby zobaczyć, ile wrzucam miałam ochotę kurduplowi przywalić.
Potem jeszcze widziałam turystów różnej narodowości wkurzonych również z tego samego powodu, czego wyrazem są bardzo niepochlebne opinie na temat tego miejsca zamieszczane w internecie. Mimo wszystko warte jest odwiedzenia.


Pura Besakih uważana jest za najważniejszą i najświętszą z balijskich świątyń, nazywana „Świątynią Matką”. Jest to kompleks 22 pojedynczych świątyń połączonych schodami i tarasami, położony na wulkanie Agung, też oczywiście największym i najświętszym na wyspie, w którym mieszkają bogowie.
Zbudowana przed 1000ad była pierwotnie poświęcona bogowi smokowi Besakih, który zamieszkiwał świętą górę. Dzisiejszy wygląd zyskała w XV wieku. W 1963 r. wulkan wybuchł a płynąca lawa o włos minęła obiekty sakralne, co uznano za znak od bogów, którzy chcieli pokazać swa potęgę, ale nie zniszczyli pomnika wiary Balijczyków.


Najważniejsza z całego kompleksu, Pura Panataran Agung zbudowana jest na sześciu tarasach. Jej pagoda symbolizuje kosmiczną górę Meru oraz Padmasanę, czyli Lotosowy Tron. Razem z dwoma stojącymi po jej bokach świątyniami symbolizują hinduską trójcę: Pura Panataran Agung po środku, gdzie wiszą białe proporce Śiwy. Z jej prawej strony Pura Kiduling Kreteg, poświęcona Brahmie i powiewają tam czerwone sztandary. Pura Batu Mddeg, po lewej stronie, ma czarne sztandary Wisznu.


Kompleks jest olbrzymi. O ile Panataran Agung spodobała mi się najmniej z odwiedzonych do tej pory świątyń, to te mniejsze miały swój urok. Rozeszliśmy się i zostałam sama. Poszłam przed siebie w górę zbocza i natrafiłam na niewielką, całkowicie pustą świątynię.


Zakochałam się. Była piękna i nikogo w niej nie było. Wejścia broniły dwa smoki a ze schodów rozpościerał się spektakularny widok na Besakih. Lubię być sama w takich miejscach, chłonąć atmosferę, odgadywać znaczenie przedmiotów, dotykać rzeźb i ornamentów, które ktoś stworzył setki lat temu i teraz nie pozostał po nim nawet pył. Znajdować ślady po obrzędach, które zostawił ktoś, dla kogo jest to miejsce znane od dziecka i przez to pospolite jak dla nas kościół niedaleko domu.


Idąc dalej w górę można było się natknąć na składanie w ofierze świni. Wykrwawiano ją, potem opalano na ogniu a potem nie wiem. Przypuszczam, że ją zjedli, bo wszyscy uczestniczący w imprezie byli bardzo zadowoleni. Jeszcze wyżej znajdowała się ostatnia, albo jak kto woli pierwsza bo najstarsza świątynia. Co jakiś czas można się było natknąć na Balijczyków uczestniczących w obrzędach a dookoła rozlegały się dźwięki modlitwy.


Gdy wracaliśmy było już ciemno. Śmignęliśmy do Kuty autostradą, bez postojów, co zajęło dużo mniej czasu niż podróż w drugą stronę.
W Kucie zatrzymaliśmy się jeszcze przy ulicy z żarciem na migora od dziadka. Ostatni dzień w Indonezji dobiegał końca. Smutno i lirycznie było. Kuta mi się bardzo spodobała, mimo powszechnego jechania po niej – że taka komercyjna, droga, pełno tam grubych i pijanych Australijczyków, ekskluzywnych ulic, hoteli, sklepów itd. – może dlatego, że zatrzymaliśmy się w „uboższej” części, pełnej urokliwych hotelików, knajpek i małych lokali usługowych a miejsca, gdzie było dużo świateł, szkła i dyskotek omijaliśmy, albo przemierzaliśmy szybkim krokiem.
W hotelu posiedzieliśmy trochę nad basenem, potem spakowaliśmy się i poszliśmy spać.

24.01.2013

Dzień 18 BALI Kuta



Koniec obijania się. Wstaliśmy o 4, zjedliśmy śniadanie, ostatni raz przygotowane nam przez Mammę placki z bananami i kawę. Jeszcze tylko przytulaski na pożegnanie i wyruszyliśmy na lotnisko.
Wydawało się, że jesteśmy za wcześnie, ale zanim przeszliśmy wszystkie odprawy zostało nam może z pół godziny do odlotu. Zabawne były zwłaszcza kolejki lokaleskich grup zorganizowanych. Szedł człowiek w stronę okienka odprawy, przystawał na chwilę poprawić plecak i ani się spostrzegał kiedy w mgnieniu oka przy okienku wyrastał jak z podziemi ogonek małych, smagłych faceckiów mocno ściskających swoje bilety. Nie dało się między nich włożyć szpilki. Powtarzało się to przy każdej lotniskowej bramce czy innej przeszkodzie, co dawało nam dużo radości.


Mały samolot bez problemu dowiózł nas do Denpasar, skąd wzięliśmy taksówkę do Kuty. Odezwali się Asia z Pomorem, którzy wracali do Polski wcześniej niż my i zabierali ze sobą Longina.
 Tym razem zamieszkaliśmy na bogato, w hotelu z basenem.


Właścicielem był starszy pan z siwą brodą mieszkający z całą rodziną w olbrzymim domu nieopodal. Podejrzewam, że należy do najwyższej kasty Warna Brahmana, gdyż w czasie święta ubrany w ceremonialne szaty składał ofiary bogom.


Miło było znów znaleźć się w bajkowym świecie Bali. W dniu w którym mieliśmy samolot do Bangkoku miało odbyć się wielkie święto. Przygotowywali się do niego przystrajając ulice i karmiąc bogów i demony ekstra porcjami darów.


Zjedliśmy w naszej ulubionej knajpce i poszliśmy na plażę surfować, pływać itp.
Po Lombockich wypasach plaża w Kucie wygląda dość biednie ze swoim czarnym piaskiem i rachitycznymi krzaczkami, pod którymi próbowaliśmy się schować przed słońcem. Fale jednak były zacne i dostarczyły nam mnóstwo frajdy.
Spory mur odgradzał plażę od wiecznie zakorkowanej ulicy. Po drugiej stronie stał sobie Mc Donald’s, gdzie chodziliśmy skorzystać z toalety. Tym razem wybrałam się tam z Magdaleną, bo jak powszechnie wiadomo, kiedy kobieta samotnie idzie do publicznej łazienki, na świecie umiera jedna mała panda.
Jako nowość reklamowane były lody o smaku zielonej herbaty. Miałam ochotę na lody a te sprzedawane z przenośnych lodówek na plaży nie budziły zaufania, więc kupiłyśmy sobie w McDonalds.
Bosz. Mogłam się właściwie spodziewać jakichś wałków po poprzedniej wizycie w indonezyjskim Macu. Wtedy zepsuła im się maszyna do podgrzewania wody, czego dowiedziałam się dopiero po uprzejmym pytaniu, dlaczego torebkę herbaty wrzucono mi do zimnej wody. Nie widzieli w tym żadnego problemu. Tym razem lody, które dostałyśmy posypane były proszkiem o smaku zielonej herbaty. Wiadomo, większość tego pseudojedzenia Macowego robiona jest z proszku, ale przynajmniej starają się udając, że tak nie jest. Tu pani nie chciało się wymieszać przy pomocy maszyny i musiałyśmy sobie same zmienić proszek w herbaciane lody.

 Ulubione jedzenie na Bali, szaszłyki z łososia polane egzotycznym sosem
Curry bodajże...
i coś tam, też dobre

Wieczorem poszliśmy coś zjeść, wykupić nura i zrobić wreszcie to, po co naprawdę przyjechaliśmy do Indonezji, czyli nakupić pamiątek żeby móc się potem lansować wśród znajomych. Łaziliśmy sobie pośród kramów pełnych bransoletek, naszyjników, okularów, ciuchów, zegarków wszelkiej marki. Mi marzyła się jedna pamiątka z wyjazdu, oryginalna balijska maska demona. Były oczywiście wszędzie, ale w wersji „badziewna pamiątka dla turynów”, a ja chciałam sztukę.
Mówisz, masz. Między salonem tatuażu a sklepikiem z pamiątkami znalazłam niesamowity sklep z rzeźbami.

Wąski, ale długi i wysoki na kilka metrów w całości zawieszony był płaskorzeźbami i maskami, niżej stały rzeźby. Bogowie, demony i ludzie patrzyli się na mnie szczerząc zęby albo uśmiechają w zamyśleniu.


Właścicielem był starszy, siwy pan, który wyrzeźbił te wszystkie wspaniałości. Wyniosłabym stamtąd połowę towaru a musiałam się zdecydować na jedną rzecz. W końcu kupiłam maskę Bhuta Kala, balijskiego demona, ale nie do końca. Jak to mówią Balijczycy: huta ia, dewa ia (“He is an evil spirit, he is a god”).
Wisi teraz na ścianie za mną, łypiąc na śnieg za oknem i pewnie sobie myśli: „Apa-apaan saya lakukan di sini?” Magdalena, jako dobra i poczciwa kobieta zakupiła sobie posążek Ganeśa, hinduskiego boga słonia.
Wykupiliśmy jeszcze nurkowanie na jutro i ruszyliśmy w stronę hotelu. Po drodze zwabiły nas dźwięki gamelanu, orkiestry złożonej głównie z gongów, ksylofonów, bębnów itp i trafiliśmy na próbę przedstawienia tradycyjnego teatru balijskiego. Na scenie odbywała się walka między siłami zła i dobra, męscy aktorzy zmieniali się, każdy miał swój moment. Dwóch z nich pokazywało prawdziwy kunszt, widoczny w doskonałych, wyrazistych ruchach całego ciała. Reszta to pewnie byli adepci sztuki. Występowały także kobiety, ubrane w białe maski. Każda z nich miała w dłoni wachlarz, którym wykonywały charakterystyczne, "motyle" ruchy.
Siedzieliśmy na podeście z kilkoma Balijczykami. Miłe panie odpowiadały na pytania odnośnie wydarzeń na scenie. Okazało się, że kolejny raz mamy pecha, bo przedstawienie będzie się odbywało w dzień wielkiego święta. Oraz naszego wyjazdu.

zdjęcie 2 Longin, reszta ja

13.12.2012

Dzień 14 LOMBOK Kuta

Po 24 godzinach w podróży wysiedliśmy na kolejnym parkingu, zostaliśmy przejęci przez kolejnego naganiacza i wsiedliśmy do kolejnego małego autobusu.
Jak się człowiek musi namęczyć na tych wczasach żeby odpocząć.
Kuta (tak, ta sama nazwa miejscowości co na Bali. Indonezyjczycy nie mają tyle fantazji do nazywania miast co Tajlandczycy) to niewielka miejscowość aspirująca do bycia kurortem dla zagranicznych, kichających pieniędzmi turystów. I pewnie będzie. Za jakieś parędziesiąt lat na szczęście. Na razie wszędzie widnieją tablice z ofertą sprzedaży terenów pod hotele itp.

Lombok oprócz niezaprzeczalnych plusów, jakimi jest oszałamiająca przyroda, białe plaże i fale jakby produkowane specjalnie pod surferów ma dwa wakacyjnie istotne minusy: religię, która zabrania korzystania z kusych strojów powszechnie uważanych za wakacyjne i ogólnie panujący syf. Jest to jedno wielkie wysypisko. Na poboczach, na polach, w lesie, w wodzie, wszędzie walają się śmieci, niektóre domy wyglądają, jakby wybudowano je na stercie odpadów. Może wynika to z tego, że kiedyś wyrzucane przez tubylców liście i skórki owoców szybko się rozkładały a folia i plastik nie. Ale przecież mieli sporo czasu, żeby to zauważyć. Kocham Indonezję miłością wielką, ale tego Lombokczykom nie mogę wybaczyć.
Na  Bali czy Flores nie było tego problemu na tak dużą skalę. Nawet najbiedniejsze domki były czyste a podwórka zamiecione.

Zamieszkaliśmy w domku na wybrzeżu. Umowny płotek oddzielał nasze piaszczyste podwórko od reszty plaży. Nocami słychać było szum Oceanu Indyjskiego i tubylców śpiewających karaoke. Naszą gospodynią była starsza, przesympatyczna pani zwana przez nas Mammą. Prowadziła ona też sklepik, a po posesji pałętali się ciągle jacyś faceci, jej synowie, mąż czy inna rodzina, kto tam wie. Codziennie rano przygotowywała nam kawę i naleśniki z bananami na śniadanie. Najlepsze, jakie do tej pory jedliśmy, a po tych dwóch tygodniach mogliśmy się już nazywać ekspertami od indonezyjskich banana pancakes.


Przebraliśmy się w jedne z nielicznych czystych ciuchów, które nam zostały. Mówiąc czyste mam na myśli takie, z których po ruszeniu nie unosi się rudy pył i poszliśmy oglądnąć sobie Kutę. Domy i baraki kryte blachą i strzechą, palmy i łyse, wyżarte przez szare krowy połacie ziemi. Sklepiki z pamiątkami, sztuką i lokalnymi wyrobami tkackimi.
Po drodze znaleźliśmy pralnię, gdzie pani obiecała nam czyste i wyprasowane ubrania. (Gdy odbieraliśmy ciuchy na drugi dzień okazało się, że rozumie przez to wypłukane w mydlinach i wysuszenie na płocie. Ale przynajmniej kurz z nich nie leciał i nie brudziły rąk.)
Kupiliśmy sobie na śniadanie wędzone ryby na patyku i obraliśmy kurs na plażę.
Woda w kolorze perłowego lazuru, białe kuleczki piachu, pusta plaża po której biegały tylko watahy psów i dzieci.
 Plażowy piasek w formie kilkumilimetrowych kuleczek, (chodziło się po tym koszmarnie) a na nim wąż morski, który nie zdążył na odpływ, fajtłapa r.i.p.

Lombocki sposób na znalezienie dzieciom zajęcia: dajemy dziecku do łapek kokosa, bransoletki czy inne takie bzdety i wypuszczamy na plażę. Łażą tam sobie cały dzień taplając się w wodzie i zaczepiają turystów. Same plusy w porównaniu do polskiego modelu wychowawczego: nie trzeba inwestować w sprzęt komputerowy, dzieciaki znają perfect języki obce, są wybiegane, zdrowe i co najważniejsze zmęczone pod koniec dnia.
Dopadło nas takie stado: najpierw psów, zwabionych zapachem ryby. Magdalena jak zwykle rozczuliła się nad ich obgryzionymi uszami. Bo jak wiadomo wataha psów terroryzująca wszystkie inne zwierzęta naokoło i walcząca ze sobą składa się z biednych, szukających miłości fafików.
Potem dzieci. Niejeden sales manager mógłby uczyć się od nich technik sprzedaży. „No, thanks” nie działa, ignor nie działa, nic nie działa, masz kupić bransoletkę i koniec. Mylił by się jednak ten, kto sądzi, że zapłaci za jedną czy dwie i kupi sobie za to spokój. Nic z tego, mali sprzedawcy wychodzą z założenia, że jak już kupiłeś u kolegi to na pewno kupisz też u niego. Całkiem zabawne przez pierwsze pół godziny.


Popływaliśmy trochę w tym przecudnym lazurze, ale zaczął się odpływ.


 Z Kasz i Maciejem wzięliśmy nasze pro aparaty fotograficzne i brodząc w płytkiej wodzie, która odkrywała podwodne formacje, poszliśmy przed siebie w poszukiwaniu ciekawych plenerów.

Maćkowy przecool TLR, zwany pieszczotliwie chlebakiem

 Ze wzgórza przed nami zeszło stado małp. Wyciągnęłam aparat, cóż to było by za zdjęcie. Nagle jednak rozległo się szczekanie i banda głupich psów przegoniła małpy.


W oddali widać było olbrzymie fale rozbijające się o skały, Maciej poszedł dalej, by je obejrzeć z bliska, ja z Kasz wracałyśmy do domku. Po drodze mijałyśmy tubylców zbierających owoce morza w płytkich kałużach powstałych po cofnięciu się wody.


Słońce zaszło za wzgórza, zapadł zmrok. Maciej też w końcu wrócił, z utopionym iPhonem i dziurą w nodze.
Pociągnęliśmy dalej temat ryby i udaliśmy się do eleganckiej restauracji na tuńczyka. Siedzieliśmy przy stole wystawionym na plaży, romantycznie migotały płomyki świec i kolorowe lampiony na drzewach dookoła. Przypałętali się nasi mali znajomi, sprzedawcy bransoletek i zaczęli bawić z nami w berka. W oddali słychać było kogoś mordującego lokalny przebój na karaoke. Wtórował mu pies siedzący nieopodal nas, wyjąc do księżyca.
W końcu, głodni jak mój były jamnik mieliśmy wrażenie, że trwało to wieki a nie pół godziny, na stół wjechał tuńczyk. Jego homeopatyczna ilość polana była suto kolorowym owocowym sosem. Podręcznikowy przykład jak to w knajpach maskują smak nieświeżej ryby. I faktycznie mięso pamiętało kilka wschodów i zachodów słońca, ale cała reszta była bardzo smaczna.
Odgłosy z imprezy karaoke brzmiały kusząco, ale zmęczenie dało o sobie znać i poszliśmy spać. Do prawdziwych łóżek. Ach.

focie: 1,2,3,5 - moi, 4,6 - Kasz

5.12.2012

Dzień 13 przeprawa FLORES, Labuan Bajo, LOMBOK, Kuta

Wczesnym rankiem pożegnaliśmy śliczny hostel, kupiliśmy zapasy na podróż i poszliśmy do portu. W planie mieliśmy płynięcie promem, jazdę ekskluzywnym (tak, tak) autobusem, znów płynięcie promem i jazdę autobusem do miejsca docelowego czyli Kuty na Lombok.

Doszliśmy do olbrzymiego promu który miał nas przewieźć przez pierwszy etap podróży. Przeszliśmy przez dolny pokład na który wjeżdżała właśnie mangowa ciężarówka pełna bananów i wpędzane były wielkie, czarne świnie. Zdziwiło nas to, bo jak wiadomo muzułmanie mają alergię na te urocze zwierzaki.


Sporo samochodów w Indonezji, od osobowych po ciężarówki pomalowanych były w obrazki z mang albo obklejone wizerunkami biuściastych blondynek i tirów.


Po schodach weszliśmy na pokład przeznaczony dla pasażerów. Przy wejściu umieszczony był kontuar baru, za nim w rzędach przytwierdzone były krzesełka. Za krzesełkami był podest pokryty wykładzina na którym spało lub siedziało już kilkoro ludzi.
Wycieczka postanowiła umościć sobie legowisko na podeście, ja się wyłamałam i poszłam na krzesełka przy oknie. Nie lubię wykładzin. Ble. Wzięłam od Pawelskiego Playstation i włączyłam sobie grę z łysym panem o głosie Bogusława Lindy, którego głównym zajęciem było tłuczenie potworów. Pierwszym był Kraken, co dało mi wiele radości. Nagle poczułam łypiące mi zza ramienia kilka par małych oczek. Pojawili się mali fanboje gier komputerowych i kibicowali mi w ratowaniu świata od zagłady, czy co tam się w tej grze robiło.

Dwie godziny później prom wreszcie odcumował i w końcu wyłączono muzyczkę, jeden kawałek drumm&bass puszczany na okrągło.


Wyszliśmy na otwarty w końcu górny pokład, gdzie w doniczkach rosły sobie kwiatki a pranie suszyło się na sznurkach. Kolejne osiem godzin prom pełzł do miejsca przeznaczenia. Nie było nawet urozmaicenia pod postacią zmieniających się widoków bo płynęliśmy tak wolno, że krajobraz stał w miejscu.


Z nudów zwiedziłyśmy wszystkie pokłady, a nawet zaprosił nas do sterówki sam kapitan, który niewątpliwie musiał wykazywać się godną podziwu cierpliwością w takiej robocie.


W końcu dopłynęliśmy na Sumbawę witani pieśnią muezzina i okrzykami tubylców.


Wyszliśmy na suchy ląd i poszliśmy za tłumem w poszukiwaniu naszego Bus Malam Exclusive Class.


Nie ma jednak tak łatwo, zapakowali nas najpierw do małego lokaleskiego busa, który miał nas dowieźć do parkingu BMEC. Jak to w Azji, ludzi wsiadło dwa razy więcej niż teoretycznie jest to możliwe. Ja usiadłam za kierowcą, obok którego zmieściła się jeszcze czteroosobowa rodzina. Bosz, straszne to było. Co prawda krajobrazy przesuwające się za oknem było przepiękne, tamtejsza przyroda zapiera dech, co jeszcze nie raz pewnie powtórzę. Tak piękne, że trudno czasem uwierzyć, że prawdziwe. Siedziałam złożona jak scyzoryk i dolna część ciała bolała jak diabli, nie dało się zmienić pozycji przez dwie godziny. Co dwadzieścia minut ktoś wyciągał papierosa i wtedy reszta lokalesów w geście solidarności robiła to samo, smród koszmarny. Co jakiś czas też na drodze kończył się asfalt i wtedy do autobusu wpadały rude kłęby pyłu ujednolicające kolor naszych i tak już mocno sfatygowanych ubranek.


W Indonezji nie ma zwyczaju picia alkoholu, żadnych pijaczków i wionących etanolem żuli, awantur czy pijackich burd. W Polsce człowiek tak się do tego przyzwyczaja, że uznaje za normalne i dopiero po powrocie z kraju gdzie tego nie ma widać, na jaką skalę występuje to u nas i jak jest patologiczne. Za to w Indonezji wszyscy faceci palą papierosy. Nie dotarła tu jeszcze zachodnia moda na niepalenie czy też ostrzeżenia jakim papieros jest złem.
Tatuś rodzinki siedzącej przede mną trzymał małego, śpiącego dzieciaka na kolanach osłaniając mu buzię przed słońcem. Uroczo. Ale jak miał ochotę na papierosa to trzymał zapalonego kilka centymetrów przed nosem berbecia.
Dotarliśmy do celu. Kierownik indonezyjskiego pekaesu sprawdził nasze bilety, zapisał na liście, dostaliśmy chwilę na zjedzenie obiadu i wreszcie mogliśmy wsiąść do naszego pięknego Bus Malam Exclusive Class. Na bilecie wielkimi pogrubionymi literami napisano, że jest w nim toaleta.
„Pewnie z wiadrem i nabierakiem haha” tak sobie zażartowałam. „Pewnie tak” również zażartowała reszta wycieczki.
Mieliśmy miejsca z tyłu autobusu, przy toalecie, w której, a owszem, stało wiadro pełne wody i nabierak. Przy pełnej wertepów drodze którą jechaliśmy nie mam pojęcia jakim cudem to ustrojstwo tam się utrzymało i nie zatopiło pojazdu. Pewnie jakaś azjatycka magia.
Sam autobus wyglądał tak, jakby swoje pierwsze życie przeżył dajmy na to w Niemczech, potem dostali go w darze Polacy i kiedy przestał spełniać już nawet nasze normy sprezentowaliśmy bus Indonezyjczykom. Jedyne co było w nim fajne to rozkładane fotele. Siedzieliśmy z Longinem w ostatnim rzędzie przed wyjściem i maksymalny kąt rozwarcia naszych wynosił jakieś 200°. Exclusive dla jogginów.
Jechaliśmy. Znów włączyłam sobie audiobook, tym razem książkę o wściekłym psie ludożercy, która wraz z telepaniem się autobusu ululała mnie do snu.
Po jakimś czasie obudzili nas na obiad w szopie o północy. Każdy dostał kupon, który można było wykorzystać na porcję ryżu z jajkiem i warzywami, albo na skorzystanie z toalety w tymże przybytku. Jechaliśmy dalej, już bez przystanków. Obudziłam się jeszcze raz, kiedy autobus płynął promem, potem już nie było żadnych atrakcji i o poranku nasze stopy pierwszy raz dotknęły Lomboku.

Zdjęcia: 4,5,7 - Magdalena, reszta ja, 1 podkład Google Map