Pokazywanie postów oznaczonych etykietą port. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą port. Pokaż wszystkie posty

5.12.2012

Dzień 13 przeprawa FLORES, Labuan Bajo, LOMBOK, Kuta

Wczesnym rankiem pożegnaliśmy śliczny hostel, kupiliśmy zapasy na podróż i poszliśmy do portu. W planie mieliśmy płynięcie promem, jazdę ekskluzywnym (tak, tak) autobusem, znów płynięcie promem i jazdę autobusem do miejsca docelowego czyli Kuty na Lombok.

Doszliśmy do olbrzymiego promu który miał nas przewieźć przez pierwszy etap podróży. Przeszliśmy przez dolny pokład na który wjeżdżała właśnie mangowa ciężarówka pełna bananów i wpędzane były wielkie, czarne świnie. Zdziwiło nas to, bo jak wiadomo muzułmanie mają alergię na te urocze zwierzaki.


Sporo samochodów w Indonezji, od osobowych po ciężarówki pomalowanych były w obrazki z mang albo obklejone wizerunkami biuściastych blondynek i tirów.


Po schodach weszliśmy na pokład przeznaczony dla pasażerów. Przy wejściu umieszczony był kontuar baru, za nim w rzędach przytwierdzone były krzesełka. Za krzesełkami był podest pokryty wykładzina na którym spało lub siedziało już kilkoro ludzi.
Wycieczka postanowiła umościć sobie legowisko na podeście, ja się wyłamałam i poszłam na krzesełka przy oknie. Nie lubię wykładzin. Ble. Wzięłam od Pawelskiego Playstation i włączyłam sobie grę z łysym panem o głosie Bogusława Lindy, którego głównym zajęciem było tłuczenie potworów. Pierwszym był Kraken, co dało mi wiele radości. Nagle poczułam łypiące mi zza ramienia kilka par małych oczek. Pojawili się mali fanboje gier komputerowych i kibicowali mi w ratowaniu świata od zagłady, czy co tam się w tej grze robiło.

Dwie godziny później prom wreszcie odcumował i w końcu wyłączono muzyczkę, jeden kawałek drumm&bass puszczany na okrągło.


Wyszliśmy na otwarty w końcu górny pokład, gdzie w doniczkach rosły sobie kwiatki a pranie suszyło się na sznurkach. Kolejne osiem godzin prom pełzł do miejsca przeznaczenia. Nie było nawet urozmaicenia pod postacią zmieniających się widoków bo płynęliśmy tak wolno, że krajobraz stał w miejscu.


Z nudów zwiedziłyśmy wszystkie pokłady, a nawet zaprosił nas do sterówki sam kapitan, który niewątpliwie musiał wykazywać się godną podziwu cierpliwością w takiej robocie.


W końcu dopłynęliśmy na Sumbawę witani pieśnią muezzina i okrzykami tubylców.


Wyszliśmy na suchy ląd i poszliśmy za tłumem w poszukiwaniu naszego Bus Malam Exclusive Class.


Nie ma jednak tak łatwo, zapakowali nas najpierw do małego lokaleskiego busa, który miał nas dowieźć do parkingu BMEC. Jak to w Azji, ludzi wsiadło dwa razy więcej niż teoretycznie jest to możliwe. Ja usiadłam za kierowcą, obok którego zmieściła się jeszcze czteroosobowa rodzina. Bosz, straszne to było. Co prawda krajobrazy przesuwające się za oknem było przepiękne, tamtejsza przyroda zapiera dech, co jeszcze nie raz pewnie powtórzę. Tak piękne, że trudno czasem uwierzyć, że prawdziwe. Siedziałam złożona jak scyzoryk i dolna część ciała bolała jak diabli, nie dało się zmienić pozycji przez dwie godziny. Co dwadzieścia minut ktoś wyciągał papierosa i wtedy reszta lokalesów w geście solidarności robiła to samo, smród koszmarny. Co jakiś czas też na drodze kończył się asfalt i wtedy do autobusu wpadały rude kłęby pyłu ujednolicające kolor naszych i tak już mocno sfatygowanych ubranek.


W Indonezji nie ma zwyczaju picia alkoholu, żadnych pijaczków i wionących etanolem żuli, awantur czy pijackich burd. W Polsce człowiek tak się do tego przyzwyczaja, że uznaje za normalne i dopiero po powrocie z kraju gdzie tego nie ma widać, na jaką skalę występuje to u nas i jak jest patologiczne. Za to w Indonezji wszyscy faceci palą papierosy. Nie dotarła tu jeszcze zachodnia moda na niepalenie czy też ostrzeżenia jakim papieros jest złem.
Tatuś rodzinki siedzącej przede mną trzymał małego, śpiącego dzieciaka na kolanach osłaniając mu buzię przed słońcem. Uroczo. Ale jak miał ochotę na papierosa to trzymał zapalonego kilka centymetrów przed nosem berbecia.
Dotarliśmy do celu. Kierownik indonezyjskiego pekaesu sprawdził nasze bilety, zapisał na liście, dostaliśmy chwilę na zjedzenie obiadu i wreszcie mogliśmy wsiąść do naszego pięknego Bus Malam Exclusive Class. Na bilecie wielkimi pogrubionymi literami napisano, że jest w nim toaleta.
„Pewnie z wiadrem i nabierakiem haha” tak sobie zażartowałam. „Pewnie tak” również zażartowała reszta wycieczki.
Mieliśmy miejsca z tyłu autobusu, przy toalecie, w której, a owszem, stało wiadro pełne wody i nabierak. Przy pełnej wertepów drodze którą jechaliśmy nie mam pojęcia jakim cudem to ustrojstwo tam się utrzymało i nie zatopiło pojazdu. Pewnie jakaś azjatycka magia.
Sam autobus wyglądał tak, jakby swoje pierwsze życie przeżył dajmy na to w Niemczech, potem dostali go w darze Polacy i kiedy przestał spełniać już nawet nasze normy sprezentowaliśmy bus Indonezyjczykom. Jedyne co było w nim fajne to rozkładane fotele. Siedzieliśmy z Longinem w ostatnim rzędzie przed wyjściem i maksymalny kąt rozwarcia naszych wynosił jakieś 200°. Exclusive dla jogginów.
Jechaliśmy. Znów włączyłam sobie audiobook, tym razem książkę o wściekłym psie ludożercy, która wraz z telepaniem się autobusu ululała mnie do snu.
Po jakimś czasie obudzili nas na obiad w szopie o północy. Każdy dostał kupon, który można było wykorzystać na porcję ryżu z jajkiem i warzywami, albo na skorzystanie z toalety w tymże przybytku. Jechaliśmy dalej, już bez przystanków. Obudziłam się jeszcze raz, kiedy autobus płynął promem, potem już nie było żadnych atrakcji i o poranku nasze stopy pierwszy raz dotknęły Lomboku.

Zdjęcia: 4,5,7 - Magdalena, reszta ja, 1 podkład Google Map

24.11.2012

Dzień 10 FLORES, Labuan Bajo, KANAWA

Wyspaliśmy się. Po śniadaniu, czyli wyśmienitej kawie oraz naleśnikach z bananami wyszliśmy załatwić parę spraw. Labuan Bajo, małe, brudne portowe miasteczko. Przyjechaliśmy tu tylko po to, jak większość innych włóczykijów, by wynająć łódź i płynąć dalej.
Plan był taki: wynająć łódź, która zawiezie nas na Kanawę, śliczną wyspę gdzie spędzimy noc w jakże hipstersko-egzotycznych łóżkach na plaży. Stamtąd popłyniemy w rejs na Komodo zobaczyć smoki.
Łatwo powiedzieć.
Ceny rejsów były zaporowe. Udało się za 500k od głowy za dwa dni, gdy ceny w większości przypadków przekraczały milion (bosz, Indonezyjczycy desperacko potrzebują denominacji, bo to aż nieekologiczne jest).
Poszliśmy do agencji wynająć łóżka na Kanawie. Nie ma. Możemy za to wynająć jakieś absurdalnie drogie bungalowy. Podziękowaliśmy dochodząc do wniosku, że popłyniemy na wyspę i tam się będziemy martwić, co dalej. Najwyżej się prześpimy na plaży. Będzie przygoda. Tak, śpimy na plaży, super pomysł. Zwłaszcza, że łazienki publiczne na wyspie dostępne są dla każdego.
Zapytaliśmy jeszcze faceta, u którego wykupiliśmy rejs, czy nikt nie będzie robił problemu. No problem, możecie spać gdzie chcecie.


Poszliśmy na przystań, gdzie wynajęliśmy łódź która miała nas zawieźć na Kanawę.
Od strony Flores zaczęły zbierać się ciemne chmury. Uciekaliśmy przed deszczem, którego zasłony widać było na horyzoncie. Zajmowały coraz większą część nieba, na szczęście po stronie od której się oddalaliśmy, przy wtórze pierdzenia łódkowego motorka. Po około godzinie dopłynęliśmy do celu, łódź przybiła do drewnianego pomostu.
Wysiedliśmy z naszym skromnym dobytkiem na plecach i ruszyliśmy w stronę suchego lądu.


Kanawa to niewielka wysepka, której właścicielami są Australijczycy i pewnie dlatego jak na Indonezję ceny bardzo wysokie. Bardzo sympatycznie zagospodarowana. Główny budynek z recepcją i restauracją, małe domki, namioty, i te zabawne łóżka na plaży. W środku wyspy stoi sobie góra, po której biegają kozy. Jałowy krajobraz, palm brak a są one jak wiadomo wyznacznikiem fajności małych bezludnych wysepek. Tyle. Miło, ale dupy nie urywa.

Zwaliliśmy graty na kupę i poszliśmy plażą oglądnąć sobie wyspę i znaleźć miejsce na biwak. Trwał odpływ, woda odkryła dużą powierzchnię skał i namorzyny.


Nie wiadomo było jak daleko podchodzi woda w czasie przypływu, który będzie w nocy i czy nie odetnie nam drogi do przystani, jeżeli odejdziemy za daleko. Z tego względu rozbiliśmy obóz niedaleko domków.
Deszcz na szczęście zgubił nas na morzu, niebo było zachmurzone, ale nie zapowiadało się na deszcz.


Słońce skryło się za horyzontem w feerii barw. Pawelsky, przygotowany na wszystko właściciel noża, trytytek i silver tape rozpalił ognisko.


Rozsiedliśmy się dookoła, wyciągnęliśmy kolację i zaczęliśmy jeść nasi.
„Nie można tu palić ogniska!” podeszło do nas pięciu chłopa, jeden z wiadrem wody zalał ogień. Szef ekipy zaczął zadawać pytania, co tu robimy, skąd jesteśmy, Przecież jak nam się coś stanie, to on za to będzie dopowiadać. Co nam się może stać na małej wyspie na środku morza i przed kim będzie odpowiadać nie umiał niestety powiedzieć. Chyba tylko atak Krakena mógł nam w tamtej chwili grozić.
W końcu Magdalena dała mu nr telefonu do kolesia, u którego wykupiliśmy rejs i powiedziała, żeby do niego dzwonił bo to on nam powiedział, że możemy spać tu na dziko. Magda i Paweł poszli potem wykupić nurkowanie i wyjaśnili sytuację u właścicielki wyspy. Chodziło głównie o to, że jak biwakujemy na dziko to ona na nas nie zarobi.


Było już późno, wyjący w tle agregat prądotwórczy/nabijacz powietrza w butle nurkowe (nie wiem dokładnie co, ale wyło jak diabli) skutecznie rujnował romantyczny nastrój.
Nie wiem, czy to taka codzienna atrakcja, ale skutecznie obniżała poziom komfortu, zwłaszcza, jeżeli ktoś przypłyną na wyspę na końcu świata, żeby zaznać ciszy i spokoju.

Zaczęliśmy mościć sobie legowiska, na wystających ściętych bambusowych łodygach podwiesiliśmy moskitiery. Nie było moskitów, ale widziałam sporego pająka uciekającego przed światłem pod kamień i wolałam się szczelnie zawinąć w siatkę, by nie obudzić się z nowym przyjacielem w moim plażowym łóżku. Przerzedziły się chmury i wyszedł księżyc. Była pełnia, świecił obłędnym białym światłem tak mocno, że przedmioty na plaży zaczęły rzucać cień. Woda zaczęła powracać na brzeg, morze szumiało coraz głośniej, jakby ktoś odkręcił kurek. Było magicznie i gdyby w tym momencie naprawdę pojawił się Kraken nikogo z nas by to specjalnie nie zdziwiło.


(...) Leżę na ciepłych krajach, na gorejącym równiku
i na jedwabnych poduszkach z różnobarwnego batiku...
Wyciągam ręce ku Tobie, w Twoją najsłodszą stronę
i czuję na rękach gwiazdy nisko nad nami zwieszone...
Ogarniam Cię splątanego w pochmurny namiot niebieski,
i spada niebo z hałasem, jak belki, wiązania, deski,
obrzuca nas półksiężycem, słońcem, obłoków zwojem -
i tak spoczywam - okryta niebem i sercem Twoim...