Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątynia. Pokaż wszystkie posty

16.02.2013

Dzień 20 BALI Kuta Gunung Abang, Batur

Pobudka piąta rano. Tego dnia zaplanowaliśmy zrobić ok 200km. Wsiedliśmy na skutery z zamiarem zajeżdżenia ich i siebie przy okazji na śmierć, w myśl hasła "alleluja i do przodu".
Pierwszym celem był wulkan Batur. Czynny, jego ostatnia erupcja miała miejsce 12 lat temu.
Jechaliśmy sukcesywnie pnąc się pod górę. Mijaliśmy kolejne wioski przystrojone z okazji święta mającego odbyć się następnego dnia.
W każdej wiosce, oprócz małych, przydomowych, znajduje się kilka świątyń o różnym przeznaczeniu i dedykowanych innym bóstwom. Zatrzymaliśmy się przy jednej z nich, bardzo okazałej i pomarańczowej. Weszliśmy do środka zaproszeni przez panią, która zajmowała się sprzątaniem i ozdabianiem. Musieliśmy tylko zawinąć się w sarongi.


Na terenie świątyni byliśmy sami, można było w spokoju pozaglądać we wszystkie zakamarki. Posągi bogów i demonów ubrane były w chusty. W tym sezonie w modzie demonów trendy jest czarno-biała kratka. Przybrane były również były ołtarze i kapliczki. Błyszczały w słońcu instrumenty orkiestry gamelanu. Widać było jak ważny jest dla Balijczyków każdy detal, nawet zdawałoby się nieistotne fragmenty budowli były bogato zdobione.




Zgłodnieliśmy straszliwie, bo wyjechaliśmy bez śniadania. Ruszyliśmy dalej szukając jakiegoś warunga. O tak wczesnej porze większość była pozamykana, jednak bogowie nam sprzyjali i znaleźliśmy w końcu miejsce, gdzie można było coś zjeść. Buda przy domu właścicielki. Na stole cerata w kratę, na ścianach solidarnie wisiały wersety z Koranu, Jezus, Ganeś i jakieś gwiazdy seriali.
Nasi goreng na śniadanie. Ryż z warzywami, tofu i jajkiem. Ryż z pobliskich pól, jajka od szczęśliwych kur biegających za robakami kilka metrów dalej, warzywa z ogródka, orzeszki z targu. Dobre to było. Czekając aż reszta wycieczki skończy się bawić jedzeniem, poszliśmy z Maciejem oglądnąć wioskę. Rozbroiły mnie rzeźby przy skrzyżowaniu. Balijczycy z ułańską fantazją podchodzą do tematu przedstawiania swoich bóstw i demonów. Nie bawią się w subtelności czy niedopowiedzenia, nie trzeba się jakoś specjalnie długo zastanawiać nad tym, co autor dzieła miał na myśli.

Nasz św. Jerzy walczący ze smokiem zdecydowanie traci w porównaniu...

Maruderzy skończyli jeść. Wskoczyliśmy na nasze stalowe rumaki i pomknęliśmy dalej przez dżunglę, pola, kolejne wioski, mijając przystrojone świątynie i reklamy Marlboro. Robiło się coraz zimniej. Wkładaliśmy na siebie kolejne warstwy ciuchów i znów wyglądaliśmy jak żule przy eleganckich tubylcach.


W końcu dotarliśmy na punkt widokowy na Batur, skąd rozpościerał się oszałamiający widok na jezioro wypełniające kalderę i Gunung Abang. Jest to najwyższy punkt na obręczy krateru Batur i, na 2151m, trzeci co do wysokości na całym Bali. Abang była częścią Batur, ale w czasach prehistorycznych nastąpiła erupcja tego olbrzymiego, 4000 metrowego wulkanu i pozostała po nim tylko duża kaldera i mały stożek – dzisiejszy Batur.

Tu dopadała mnie moja nemezis - mała, kruczowłosa, azjatycka dziewczynka. Nagle usłyszałam „buy one, buy one”. Popatrzyłam w dół a tam stała ona z naręczem bransoletek i świdrując mnie czarnymi oczkami powtarzała jak mantrę „buy one”.  Miałam nadzieję, że jej się w końcu znudzi, ale nie. Łaziła za mną jak cień powtarzając w kółko „buy one”. W końcu, kiedy szliśmy już w kierunku skuterów poddałam się. Kupiłam dwie bransoletki. Magdalena śmiała się jak fretka. Mina jej zrzedła, kiedy złamana przeze mnie klątwa małej azjatyckiej dziewczynki przeniosła się na nią. Miała szczęście, bo chwilę potem jechaliśmy już dalej. Mi jeszcze przez jakieś piętnaście minut dźwięczało w głowie „buy one, buy one...”

 
Zjechaliśmy na dno kaldery, dookoła nas rozciągał się postapokaliptyczny krajobraz. Porowate głazy zastygłej lawy porośnięte wyschłą trawą i krzakami. Gdzieniegdzie stała chatka kryta blachą falistą, albo błyskało zielenią małe poletko.


Kierowaliśmy się w stronę Pura Tampuryang, niewielkiej świątyni zbudowanej z czarnego kamienia, poświęconej bogom i demonom żyjącym w wulkanie.


Żeby się do niej dostać musieliśmy przejechać przez las iglasty. Miałam wrażenie, jakbyśmy się znaleźli nagle w polskich górach. Psuły je tylko pojawiające się co jakiś czas bambusy. Pewnie wysokość, na której się znajdowaliśmy sprzyjała stałemu obniżeniu temperatury i drzewa iglaste miały dobre warunki rozwoju. Tylko skąd tam się wzięły nasiona tych drzew, skoro dookoła rosła tylko roślinność strefy równikowej?
Pojechaliśmy dalej, wzdłuż jeziora Batur zatrzymując się na chwilę, kiedy zobaczyliśmy intrygujący las białych i żółtych parasolek.


Okazało się, że jest to miejsce ceremonii pogrzebowych. Kilka metrów dalej za parasolkami widniał prostokąt wypalonej ziemi, gdzie odbywało się palenie zwłok. Obok każdej parasolki znajdowała się ażurowa sylweta popiersia człowieka i słupek z numerkiem. Walały się stare szczątki wieńców, darów i oczywiście japonki nie do pary. W całej Indonezji, na plażach, w dżungli, przy drodze i na polach można spotkać smętnie poniewierające się bez pary klapki.
Obrzędy pogrzebowe na Bali również są niezwykłe. Ciało zmarłego umieszcza się w wielkiej krowie. Następnie krowa wraz z zawartością jest spalana, a popioły umieszcza się w naczyniu, np. skorupie orzecha kokosowego. Potem żałobnicy udają się nad brzeg rzeki albo oceanu i tam popioły zostają wsypywane do wody. Bardzo romantycznie z elementami humorystycznymi, też tak chcę.

 Bardzo z czegoś zadowolona balijska trumna.

Obraliśmy kurs na wulkan Agung, na którego zboczu znajduje się świątynia Besakih.
Jechaliśmy drogą, która wyglądała jakby wycięto wąski fragment dżungli i na to miejsce włożono kawałek asfaltu. Tego dnia przebieg naszej wyprawy wyglądał jak odkrywanie mapy w Skyrim czy innym RPG. Fog of war rozwiewała się kolejno odsłaniając nam krajobrazy wulkaniczne, lasy iglaste, dżunglę, pola, wsie, jeziora i tak dalej, całe spektrum widoków.


Żeby było weselej natrafiliśmy na policyjną blokadę. Uzbrojeni po zęby w kałasze i pistolety policjanci kazali nam zjechać na pobocze i zażądali dokumentów. O ile chłopaki mieli prawo jazdy polskie, międzynarodowe i jakie tylko, Kasz nie miała nawet biletu miesięcznego. Groźny oficer zabrał ją do samochodu i zaczął spisywać. Baliśmy się przede wszystkim tego, że zabronią jej dalej bez dokumentu jechać. Tak by to się odbyło w Polsce. Ale Polska była bardzo, bardzo daleko. Kasz w końcu do nas wróciła i zdała relację: „Powiedziałam mu, że zapomniałam prawa jazdy w hotelu. Dał mi mandat 150k rupii i wypisał zastępcze prawko ważne przez 3 dni, żebym w przypadku kolejnego zatrzymania nie miała kłopotów.”
Mogliśmy jechać dalej. Magdalena zapytała jeszcze, czy możemy sobie zrobić zdjęcia z policjantami. Popatrzyli się na nas dziwnie, zawiedzeni, że ich groźny wygląd a la Rambo nie robi specjalnego wrażenia i kazali ruszać.
W wioskach przez które przejeżdżaliśmy suszyły się goździki rozsypane na płachtach przy drodze. Padł pomysł zakupu. Zajechaliśmy do gospodarstwa, do którego podejrzewaliśmy, że goździki należą. Zbiegła się cała rodzina wielce zaaferowana i dobiliśmy targu wzbogacając się o półkilowy wór. Goździki jako przyprawa to pąki kwiatków drzewa goździkowego. Chciałam zobaczyć jak to wygląda w naturze, poszliśmy więc dalej dróżką między polami w poszukiwaniu tego drzewa. Nagle z oddali usłyszeliśmy zziajany głos „Hello turist!” i spomiędzy liści ogórka wybiegł w nasza stronę uśmiechnięty grubasek.


Przywitaliśmy się, kazał nam za sobą iść z dumą pokazując swoje ogórkowe pole, po czym zaczął wołać żonę. Przyszła urocza dziewczyna. Magnat ogórkowy, jak nazwaliśmy grubaska, nazrywał dla nas ogórków, po czym żona je umyła i zasiedliśmy do degustacji. Porozpływaliśmy się w zachwytach, pogadaliśmy trochę o bzdurach, dostaliśmy po ogórku na drogę i pożegnaliśmy się wylewnie.


Jechaliśmy dalej mijając kury w klatkach czekające na ceremonię, kiedy zostaną złożone w ofierze.
Żeby dostać się do świątyni Besakih trzeba było zapłacić za: wjazd na parking, bilet wstępu, podatek od biletu, wynająć sarong jeżeli ktoś nie dysponował własnym i za wpis do jakiejś księgi, jeżeli się nie było asertywnym. Oczywiście dla białasów wszystko w cenie dużo wyższej od tej dla tubylców.


Gdy po pokonaniu dziesiątek schodów dotarliśmy do bramy świątyni, drogę zablokowali nam przewodnicy, którzy stadnie okupowali schody przed wejściem na teren świątyni. Okazało się, że bez przewodnika niewierny nie może wejść do środka. Było to bezczelne kłamstwo, bo bez asysty też można było bez problemu wejść bocznym wejściem i samemu zwiedzić cały kompleks. Ale tego przewodnicy, żądający słonej zapłaty za swe usługi, już zapomnieli dodać. Wtedy mój wakacyjny chillout mnie opuścił i głośno oznajmiłam szanownym panom, że za wejście już zapłaciłam i nie mam zamiaru wydać ani rupii więcej, i, że wstydu ni honoru nie mają itd. pojechałam im radośnie. Koniec końców mogliśmy wejść przez główną bramę po uiszczeniu dobrowolnej ofiary na świątynię. Kiedy zaglądał mi przez ramię, żeby zobaczyć, ile wrzucam miałam ochotę kurduplowi przywalić.
Potem jeszcze widziałam turystów różnej narodowości wkurzonych również z tego samego powodu, czego wyrazem są bardzo niepochlebne opinie na temat tego miejsca zamieszczane w internecie. Mimo wszystko warte jest odwiedzenia.


Pura Besakih uważana jest za najważniejszą i najświętszą z balijskich świątyń, nazywana „Świątynią Matką”. Jest to kompleks 22 pojedynczych świątyń połączonych schodami i tarasami, położony na wulkanie Agung, też oczywiście największym i najświętszym na wyspie, w którym mieszkają bogowie.
Zbudowana przed 1000ad była pierwotnie poświęcona bogowi smokowi Besakih, który zamieszkiwał świętą górę. Dzisiejszy wygląd zyskała w XV wieku. W 1963 r. wulkan wybuchł a płynąca lawa o włos minęła obiekty sakralne, co uznano za znak od bogów, którzy chcieli pokazać swa potęgę, ale nie zniszczyli pomnika wiary Balijczyków.


Najważniejsza z całego kompleksu, Pura Panataran Agung zbudowana jest na sześciu tarasach. Jej pagoda symbolizuje kosmiczną górę Meru oraz Padmasanę, czyli Lotosowy Tron. Razem z dwoma stojącymi po jej bokach świątyniami symbolizują hinduską trójcę: Pura Panataran Agung po środku, gdzie wiszą białe proporce Śiwy. Z jej prawej strony Pura Kiduling Kreteg, poświęcona Brahmie i powiewają tam czerwone sztandary. Pura Batu Mddeg, po lewej stronie, ma czarne sztandary Wisznu.


Kompleks jest olbrzymi. O ile Panataran Agung spodobała mi się najmniej z odwiedzonych do tej pory świątyń, to te mniejsze miały swój urok. Rozeszliśmy się i zostałam sama. Poszłam przed siebie w górę zbocza i natrafiłam na niewielką, całkowicie pustą świątynię.


Zakochałam się. Była piękna i nikogo w niej nie było. Wejścia broniły dwa smoki a ze schodów rozpościerał się spektakularny widok na Besakih. Lubię być sama w takich miejscach, chłonąć atmosferę, odgadywać znaczenie przedmiotów, dotykać rzeźb i ornamentów, które ktoś stworzył setki lat temu i teraz nie pozostał po nim nawet pył. Znajdować ślady po obrzędach, które zostawił ktoś, dla kogo jest to miejsce znane od dziecka i przez to pospolite jak dla nas kościół niedaleko domu.


Idąc dalej w górę można było się natknąć na składanie w ofierze świni. Wykrwawiano ją, potem opalano na ogniu a potem nie wiem. Przypuszczam, że ją zjedli, bo wszyscy uczestniczący w imprezie byli bardzo zadowoleni. Jeszcze wyżej znajdowała się ostatnia, albo jak kto woli pierwsza bo najstarsza świątynia. Co jakiś czas można się było natknąć na Balijczyków uczestniczących w obrzędach a dookoła rozlegały się dźwięki modlitwy.


Gdy wracaliśmy było już ciemno. Śmignęliśmy do Kuty autostradą, bez postojów, co zajęło dużo mniej czasu niż podróż w drugą stronę.
W Kucie zatrzymaliśmy się jeszcze przy ulicy z żarciem na migora od dziadka. Ostatni dzień w Indonezji dobiegał końca. Smutno i lirycznie było. Kuta mi się bardzo spodobała, mimo powszechnego jechania po niej – że taka komercyjna, droga, pełno tam grubych i pijanych Australijczyków, ekskluzywnych ulic, hoteli, sklepów itd. – może dlatego, że zatrzymaliśmy się w „uboższej” części, pełnej urokliwych hotelików, knajpek i małych lokali usługowych a miejsca, gdzie było dużo świateł, szkła i dyskotek omijaliśmy, albo przemierzaliśmy szybkim krokiem.
W hotelu posiedzieliśmy trochę nad basenem, potem spakowaliśmy się i poszliśmy spać.

10.11.2012

Dzień 4 BALI, Kuta, Celuk Village, Mas Village, Ubud

Skoro świt wybrałyśmy się z Magdą i Kasz, jak prawdziwym kobietom przystało, na targ. Nakupowałyśmy mniej, bardziej, lub wcale nam nieznanych owoców i wróciłyśmy z łupem do hostelu. Wreszcie pro nóż Pawelskyego się do czegoś przydał. Ja przy pierwszym podejściu do obierania mango prawie odcięłam sobie kciuk. Na szczęście Magdalena o dużo wyższym levelu kuchennego doświadczenia przejęła narzędzie zbrodni i fachowo sfiletowała wszystkie owoce. Najsmaczniejszy okazał się salak zwany też wężowym owocem, pewnie ze względu na piękną skórkę przypominająca skórę gada. Smakuje jak połączenie liczi i jabłka.

 

Po śniadaniu wsiedliśmy na skutery i pognaliśmy w stronę Ubud do sanktuarium w Świętym Małpim Lesie (Sacred Monkey Forest Sanctuary). Po drodze minęliśmy Celuk, wioskę artystów wykonujących biżuterię ze złota i srebra. Na chwilę zatrzymaliśmy się w Mas, gdzie podziwialiśmy kunsztowną robotę bailjskich rzeźbiarzy.

Rzemiosło artystyczne w Europie będące w zaniku tu ma się dobrze, rozkwita i ewoluuje. Nie ma prowizorki i oszczędzania na materiałach. Meble, niesamowite bramy, okiennice i rzeźby są najwyższej próby. Gdyby ceny transportu nie były tak wysokie niewątpliwie miałabym już rzeźbioną bramę zamiast drzwi do łazienki, okiennice w kwiaty i dwumetrowego Garudę w przedpokoju.


W Świętym Małpim Lesie znajdują się trzy świątynie:
Pura Dalem Agung (Świątynia Wielki Pałac).
Holy Bathing Temple (Świątynia Kąpielowa) ze strukturą trzech mandali. Utama Mandala znajduje się w północnej  części świątyni i reprezentuje obszar bóstw. Madya Mandala znajduje się w centrum świątyni i reprezentuje obszar uczniów bóstw. Na samym końcu mieści się Nista Mandala, jest to szczególne miejsce kąpieli dla "zwykłych" ludzi.
Pura Prajapati, świątynia przeznaczona do pogrzebów i kremacji położona blisko cmentarza.


W Świętym Małpim Lesie jak sama nazwa wskazuje mieszka mnóstwo małp. Zwane długoogoniastymi makakami nie są tak zadziorne jak ich koleżanki z Uluwatu. Pewnie dlatego, że spasione bananami przez turystów ledwo mogą się ruszać.


Małpie sanktuarium zrobiło na mnie największe wrażenie ze wszystkich indonezyjskich świątyń, które widzieliśmy. Dżungla, w której z olbrzymich drzew zwisają długie liany, huśtające się na nich makaki.


Świątynie wydają się powoli pożerane przez dżunglę. Mimo sporej ilości turystów czuć niesamowitą atmosferę i aurę tego miejsca. Zwłaszcza, że ludzie przechodzą jakby falami. Wchodząc w jakiś wąski przesmyk znajdujemy się nagle sam na sam z posągami bogów i demonów bacznie obserwującymi nas spod obrośniętymi porostami powiek.


Znikąd pojawia się małpa i szczerząc zęby śmieje, jakby wiedziała, o czym człowiek w danej chwili myśli.


Magia połączenia fauny, flory i sacrum, niedostępna w naszej szerokości geograficznej.


Na obiad wróciliśmy do Ubud, dla mnie najbardziej europejskiego indonezyjskiego miasteczka w którym byliśmy. Wrażenie to psuje jednak wizyta w toalecie restauracji. Komórka na tyłach lokalu z dziurą w ziemi i obowiązkowym wiadrem z nabierakiem.
Po chwili zastanowienia jednak można dojść do wniosku, że człowiekowi do załatwienia nagłej potrzeby dziura w ziemi wystarcza aż nadto, cała reszta to zwykła fanaberia.
W jednym z wielce artystycznych sklepików Maciej kupił sobie uroczą koszulkę z uśmiechniętym Bali-dogiem i pojechaliśmy dalej.


Tym razem bez planu puściliśmy się przez wsie i pola ryżowe pnącą się w górę drogą. Robiło się coraz zimniej, więc ubieraliśmy na siebie kolejne warstwy ubrań. Po wykorzystaniu wszystkiego co zabraliśmy ze sobą wyglądaliśmy przekomicznie zawinięci w kurtki i chusty, w legginsach, i skarpetach wciśniętych w japonki.
Mijaliśmy kolejne prześliczne wioski, pola ryżowe z pracującymi na nich ludźmi w stożkowatych kapeluszach brodzącymi po kolana w błocie. Wszyscy uśmiechali się i pozdrawiali, zwłaszcza dzieciaki dokazując i machając radośnie.
Przejeżdżaliśmy przez dżunglę oddzieleni od niej tylko fragmentem asfaltu a nasze skutery rzęziły wspinając się mozolnie w górę i udawały, że mają hamulce zjeżdżając w dół.
W pewnej chwili mieliśmy dylemat, czy zawrócić i podążać znajomą drogą do Kuty, czy zdać się na łaskę duchów opiekujących się naszymi zmaltretowanymi skuterami i jechać dalej, ku białym plamom na naszej mapie. Pojechaliśmy oczywiście dalej. I było pięknie.
Bogowie nam sprzyjali, bo jakimś cudem dojechaliśmy do znajomych terenów skąd prowadziła już prosta droga do naszej uroczej Kuty.

30.10.2012

Dzień 3 BALI, Kuta, Uluwatu



O poranku dziewczynki wyruszyły w poszukiwaniu nowego hostelu. Okazało się, że nasz deluxe umieszczony jest niedaleko knajpy, w której całą noc puszczano bardzo głośne techno czy coś w ten deseń, co dało nam dużą motywację. Chłopcy mieli za zadanie wynająć skutery.
Kilka bocznych uliczek dalej trafiłyśmy do uroczego hostelu prowadzonego przez wiecznie uśmiechniętego pana, który wydawał się stać obok siebie. Narkotyki są w Indonezji bardzo nielegalne, alkoholu praktycznie nie ma. Podejrzewaliśmy, że jest napędzany magic mushroms, które to nie są w Indonezji uznawane za narkotyk i można je kupić wszędzie. Nie spróbowaliśmy, uprzedzam pytanie, wiem, mięczaki z nas.
Anyway, przenieśliśmy graty, co szło nam coraz sprawniej, wsiedliśmy na skutery i wyruszyliśmy w stronę Uluwatu, świątyni poświęconej duchom morza.


Pura Luhur Uluwatu, można przetłumaczyć jako: świątynia (Pura) szlachetny (Luhur), koniec ziemi (ulu), skała (watu), że tak błysnę lingwistycznie. Piękne mają te nazwy w Azji. Jest to kompleks sakralny zbudowany na skalnym klifie 250 m n.p.m.
Stojąc na krawędzi skały, mając pod sobą rozbijające się o brzeg fale oceanu a przed sobą tylko pustą przestrzeń czuje się człowiek, jakby faktycznie stał na krańcu Ziemi.


Z tych wzniosłych uczuć i refleksji wyrwały nas małpy. Łażą sobie dookoła, wspinają na mury, drzewa i turystów szukając błyszczących, obluzowanych itemów, które można ukraść. Przekonał się o tym Pawelsky, niepomny ostrzeżeń Kasz nie dość mocno pilnował swoich okularów. W ciągu milisekundy zmieniły one właściciela na grubego małpiszona z bardzo ostrymi zębami. Po dokonanej kradzieży usiadł sobie na murze i z zamyślona miną, niczym profesor zastanawiający się nad tajemnicami wszechświata, żuł końcówkę okularów nie zwracając uwagi na Pawelskyego, który obiecywał krwawą i okrutną zemstę jemu, jego rodzinie i znajomym. 


Nagle, znikąd pojawił się pan z obsługi i rzucił małpie kawałek owocu. Ten złapał go z gracją lewą łapką, prawą odrzucił okulary i z niezmienionym wyrazem pyszczka zabrał się za szamanie banana.
Te małpy nie są takie głupie.

Sporo radości daje obserwowanie jak obrabiają ludzi z różnych przedmiotów. Oczywiście pod warunkiem, że to nie my jesteśmy tymi ludźmi. Jedna z turystek miała mniej szczęścia niż Pawelsky, małpa ukradła jej okulary przeciwsłoneczne i uciekła do dżungli. Przypuszczam, że gdzieś w okolicach świątyni jest ich wielka sterta. Albo małpy pracują w branży obrotu kradzionymi okularami. 


Innemu chłopakowi małpi dzieciak wyrwał butelkę z wodą, odkręcił zakrętkę i duszkiem wypił całą zawartość. Mnie małpy oblazły, gdy na chwilę usiedliśmy w świątynnym amfiteatrze. Jedna malutka i urocza usiadła na moich kolanach, włożyła swoja dłoń w moją i wdzięczyła się patrząc słodko w oczy. Jej dwie kumpele w tym czasie próbowały otworzyć plecak, wygrzebać coś z kieszeni i odpiąć bransoletkę.

 W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o wioskę surferską położona na stromej skarpie. Siedzieliśmy przy stoliku jedząc nasi goreng i obserwując słońce leniwie chowające się za horyzontem. Potem zeszliśmy na brzeg oglądając odkryte przez fale odpływu różne dziwne morskie formacje i łaskawie pozwalając lokalesom robić sobie z nami zdjęcia. Dopiero po zachodzie słońca wyruszyliśmy w drogę powrotna do Kuty. 

Ulice na Bali są permanentnie, od rana do wieczora zakorkowane. Jeden za drugim samochody, głównie Toyoty wloką się w żółwim tempie. Miałam wrażenie, obserwując te niekończące się sznury pojazdów, że samochód na Bali dostaje się za karę. Zupełnie inaczej wygląda sprawa ze skuterami.
W niezliczonych ilościach śmigają po ulicach, nie imają się ich korki ani przepisy drogowe. Omijają stojące samochody z lewej, prawej i środkiem przeciskając się między nimi na grubości gazety. Kierowcy nie robią z tego problemu uprzejmie ustępując miejsca, zapewne głównie z obawy o stan lakieru swojego autka. Z tego, co widziałam na skuterze mieści się w porywach do sześciu pasażerów a także wszelkiego rodzaju sprzęty kilka razy większe od pojazdu i kierowcy razem wziętych. Przewozi się także liście palmowe, bambusy, trzodę, drób i co tylko.

My na szczęście na skuterach - faceci za sterami, damy jako balast – jechaliśmy coraz sprawniej w miarę nabierania przez naszych kierowców skuterowych skilsów. Oczywiście nie obyło się bez przygód, zgubiliśmy w ciemnościach Macieja & Kasz, naszych przewodników. Ale wychodząc z założenia, że skoro jesteśmy na wyspie, to w końcu i tak trafimy na miejsce, jechaliśmy dalej. No i trafiliśmy.

Zdjęcia: drugie Magdalena, ostatnie Longin reszta ja