Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hotel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hotel. Pokaż wszystkie posty

12.11.2012

Dzień 6 FLORES, Ende, Moni


„Wstaliśmy przed/o wschodzie słońca” od tej pory będzie się często powtarzać. Ale cóż, nikt nie mówił, że jedziemy na te wczasy odpocząć. 
Wczesnym rankiem byliśmy już na lotnisku, odprawieni w terminalu dla lotów krajowych i czekaliśmy na ogłoszenie naszego lotu i otwarcie bramki. Czekaliśmy... czekaliśmy... mijała godzina... i następna... kilka razy upewniając się, że samolot jeszcze nie odleciał stawaliśmy się coraz bardziej głodni. Na szczęście miałam jeszcze orzeszki z Polski, znalazła się suszona fasola i miętusy, do tego ruda i było całkiem znośnie na tej posadzce z indonezyjskiego pcv.
Po tym doświadczeniu zawsze zabierałam ze sobą do podręcznego plecaka dyżurne słodko-słone krakersy i karmiłam wygłodniałych współtowarzyszy w chwilach ograniczonego dostępu do pożywienia, czyli dość często.
instrukcja obsługi europejskiej wersji toalety na drzwiach wc

Było już dobre kilka godzin po planowej godzinie odlotu. W końcu pan z obsługi nas zawołał i ruszyliśmy na płytę lotniska zaciekawieni jak będzie wyglądał nasz podniebny rydwan. Samolocik był mały, ale wariat. Wystartował z wyciem silników i gładko polecieliśmy w stronę Flores. Po drodze było jeszcze międzylądowanie na jakiejś wysuszonej wyspie, gdzie wysiedli Hiszpanie, którzy z nami lecieli i zostaliśmy jedynymi białasami w samolocie.


Flores, Wyspa Kwiatów, dzięki Portugalczykom jedyna „katolicka” wyspa w największym muzułmańskim kraju świata. Obecnie w głębi lądu mieszkają katolicy wybrzeże za to zamieszkuje sporo muzułmanów. Ze wstrząsających ciekawostek: w 2003 roku odkryto tu nowy gatunek człowieka nazwany Homo floresiensis, jego przedstawiciele żyli na ziemi jeszcze co najmniej 12k lat temu. Do XIXw spotykany był na wyspie przez tubylców którzy nazywali go Ebu Gogo.

Dolecieliśmy na miejsce i pokrzepieni szklanką wody i suchą bułką, które to serwowano w samolocie, wyszliśmy na płytę lotniska w Ende. Było gorąco i parno, żar bił od nagrzanego asfaltu, ale widok zapierał dech. Stożki wulkanów porośnięte dżunglą, kwiaty i palmy. Prawdziwa dzikość panie. Weszliśmy do maleńkiego terminalu gdzie usiedliśmy czekając na bagaże i mając nadzieję, że nie zostały gdzieś po drodze. Taśma bagażowa była krótka i kończyła się przy wejściu do WC więc trzeba było zachować czujność i wykazać się refleksem, żeby nie wyciągać plecaka z toalety. Mieszkańcy Flores niżsi i ciemniejsi niż ci z Bali tłoczyli się za szklanymi drzwiami obserwowali nas przylepieni do szyby. Wyglądało to dość abstrakcyjnie, jak w filmie o zombi.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz obskoczyli nas właściciele taksówek. Naszym celem była wioska Moni, z której chcieliśmy się dostać na Kelimutu. Cena za dojazd tam wydawała się jednak zbyt wygórowana postanowiliśmy, że pójdziemy do centrum Ende coś zjeść a potem spróbujemy złapać jakiś tańszy transport. Po kilku kilometrach złapaliśmy mały lokalny autobus Bemo, który nas zawiózł do knajpy. Bemo ma magiczne właściwości rozciągania się. Pomieścił bowiem naszą szóstkę, plecaki, kierowcę plus dwóch chłopaków do obsługi i kilkoro ciągle zmieniających się pasażerów, a kiedy pierwsza do niego wsiadałam wydawało się, że sześć osób to max. Azjatyckie czary.
Centrum okazało się wymarłe, wszystkie sklepy pozamykane na głucho. Restauracja do której dotarliśmy, znaleziona w jedynym słusznym [bo dosłownie jedynym] przewodniku po Indonezji i wychwalana tam pod niebiosa na szczęście była otwarta. Jak większość miejsc, które się w tej księdze znalazły podniosła ceny dla turystów do absurdalnej wysokości w stosunku do tego, co miała do zaoferowania. To był ostatni raz, kiedy kierowaliśmy się przewodnikiem w celu znalezienia czegokolwiek.


Po takim sobie posiłku rozpoczęliśmy kolejny quest: poszukiwanie transportu do Moni w rozsądnej cenie. Po drodze odkryliśmy kolejne pyszne danie, Terang Bulan. Słodki, gruby naleśnik wypełniony wiórkami kokosowymi i orzeszkami zdobył nasze żołądki.
Czas mijał, wieczór się zbliżał a my wciąż byliśmy w Ende. Na szczęście sympatyczne i znudzone dzieciaki przejęły się naszym losem i okazało się, że jedna taka zna kogoś, kto ma znajomego, który ma Bemo i może nas zawieść za tyle, ile proponujemy. Super.


Wsiedliśmy do Bemo, który prowadził chłopak, po przyjrzeniu się góra piętnastoletni, wspierany przez swoich młodszych kolegów. Zapodali grubą muzę i ruszyliśmy w drogę.
Zrobiło się ciemno, kierowca Bemo musiał wybrać między słuchaniem muzyki a włączeniem świateł. Długo się zastanawiał i jechaliśmy drogą wijącą się serpentynami po stromym zboczu w zupełnej ciemności. Chłopaki w miarę upływu czasu traciły animusz i widać było, że chcą jak najszybciej zakończyć przygodę. Przez całą drogę mijaliśmy roboty drogowe, które w nocy trwały w najlepsze. Jakimś cudem mijaliśmy olbrzymie koparki, przejeżdżaliśmy za walcem po świeżo wylanym asfalcie. W ciemnościach widać było tylko migające światła i pewnie - na szczęście - nie byliśmy świadomi tego co się tam dzieje.


Po kilku godzinach dojechaliśmy do Moni, zmęczeni i wytelepani solidnie. Była to niewielka wioska, w której wynajęliśmy pokoje w pierwszym hostelu do którego weszliśmy.
Mimo tego, że jedynym przedstawicielem insektów była modliszka siedząca na progu pokoju, nad łóżkami zawieszone były firanki-moskitiery w kwiatki, pamiętające pewnie pierwszego podróżnika nocującego w tym hostelu w zeszłym stuleciu.


Z właścicielem kurortu, który miał tylko dwa zęby ale za to były to zęby długie i solidne, umówiliśmy się, że załatwi nam transport na wulkan. Przed wschodem słońca, który chcieliśmy zobaczyć już na górze. Moni położona jest około 600m n.p.m. u podnóży wulkany Kelimutu o wysokości 1645m n.p.m.. Było zimno i tym razem codzienny prysznic w lodowatej wodzie (chyba zapomniałam wspomnieć, że przez całą podróż ani razu nie wzięliśmy gorącego prysznica) nie należał do przyjemności, a herbata z imbirem wypita w jedynej w wiosce knajpce bardzo potrzebna.

11.11.2012

Dzień 5 BALI, Kuta Beach


 Ostatniego dnia na Bali Pawelsky pojechał na nura, a my postanowiliśmy dać odpocząć naszym wymęczonym przez skutery pośladkom i wybraliśmy się na plażę. Maciej wypożyczył deskę i na plaży zorganizował szybki kurs surfing for dummies. Po teorii przyszedł czas na praktykę. Nikt nie zginął i reszta dnia upłynęła nam na błogim lenistwie, i wygrzewaniu się na ciemnym piachu.


Wieczorem zanieśliśmy nasze ciuchy zawinięte w tobołki do pralni, gdzie zostały uprane, wysuszone i wyprasowane. W Indonezji co prawda nałożony ciuch świeżość i pierwotny kolor traci bardzo szybko, ale dla tych kilku minut poczucia czystości warto było.
Magdalena zaciągnęła wszystkich na sesję balijskiego masażu. Nie jestem koneserką i nie wiem, czym się różni od innych masaży. Wyglądało to mniej więcej tak: za zasłonką trzeba się było rozebrać do bielizny i położyć na leżance. Petit masażystka o małych ale silnych dłoniach zapaśnika nacierała olejkiem a potem ugniatała, ściskała i opukiwała po kolei wszystkie mięśnie co jakiś czas pytając, czy "wszystko okeeej?" Wtedy z rozwałkowywanego i bezwładnego ciała trzeba było wydać głos „okeeeej”. Żeby dosięgnąć i odpowiednio przycisnąć np. plecy musiała włazić jak małpka na leżankę i na mnie. Całkiem zabawne ale i mocno relaksujące doświadczenie. Po wszystkim miałam wrażenie, że zamiast chodzić unoszę się kilka centymetrów nad ziemią.
Był to dzień beztroskiego lenistwa i nic nie zapowiadało szalonych i mrożących krew w żyłach przygód, które wydarzyły się później...


Fota 1 by Longin, Bali dog mój

30.10.2012

Dzień 3 BALI, Kuta, Uluwatu



O poranku dziewczynki wyruszyły w poszukiwaniu nowego hostelu. Okazało się, że nasz deluxe umieszczony jest niedaleko knajpy, w której całą noc puszczano bardzo głośne techno czy coś w ten deseń, co dało nam dużą motywację. Chłopcy mieli za zadanie wynająć skutery.
Kilka bocznych uliczek dalej trafiłyśmy do uroczego hostelu prowadzonego przez wiecznie uśmiechniętego pana, który wydawał się stać obok siebie. Narkotyki są w Indonezji bardzo nielegalne, alkoholu praktycznie nie ma. Podejrzewaliśmy, że jest napędzany magic mushroms, które to nie są w Indonezji uznawane za narkotyk i można je kupić wszędzie. Nie spróbowaliśmy, uprzedzam pytanie, wiem, mięczaki z nas.
Anyway, przenieśliśmy graty, co szło nam coraz sprawniej, wsiedliśmy na skutery i wyruszyliśmy w stronę Uluwatu, świątyni poświęconej duchom morza.


Pura Luhur Uluwatu, można przetłumaczyć jako: świątynia (Pura) szlachetny (Luhur), koniec ziemi (ulu), skała (watu), że tak błysnę lingwistycznie. Piękne mają te nazwy w Azji. Jest to kompleks sakralny zbudowany na skalnym klifie 250 m n.p.m.
Stojąc na krawędzi skały, mając pod sobą rozbijające się o brzeg fale oceanu a przed sobą tylko pustą przestrzeń czuje się człowiek, jakby faktycznie stał na krańcu Ziemi.


Z tych wzniosłych uczuć i refleksji wyrwały nas małpy. Łażą sobie dookoła, wspinają na mury, drzewa i turystów szukając błyszczących, obluzowanych itemów, które można ukraść. Przekonał się o tym Pawelsky, niepomny ostrzeżeń Kasz nie dość mocno pilnował swoich okularów. W ciągu milisekundy zmieniły one właściciela na grubego małpiszona z bardzo ostrymi zębami. Po dokonanej kradzieży usiadł sobie na murze i z zamyślona miną, niczym profesor zastanawiający się nad tajemnicami wszechświata, żuł końcówkę okularów nie zwracając uwagi na Pawelskyego, który obiecywał krwawą i okrutną zemstę jemu, jego rodzinie i znajomym. 


Nagle, znikąd pojawił się pan z obsługi i rzucił małpie kawałek owocu. Ten złapał go z gracją lewą łapką, prawą odrzucił okulary i z niezmienionym wyrazem pyszczka zabrał się za szamanie banana.
Te małpy nie są takie głupie.

Sporo radości daje obserwowanie jak obrabiają ludzi z różnych przedmiotów. Oczywiście pod warunkiem, że to nie my jesteśmy tymi ludźmi. Jedna z turystek miała mniej szczęścia niż Pawelsky, małpa ukradła jej okulary przeciwsłoneczne i uciekła do dżungli. Przypuszczam, że gdzieś w okolicach świątyni jest ich wielka sterta. Albo małpy pracują w branży obrotu kradzionymi okularami. 


Innemu chłopakowi małpi dzieciak wyrwał butelkę z wodą, odkręcił zakrętkę i duszkiem wypił całą zawartość. Mnie małpy oblazły, gdy na chwilę usiedliśmy w świątynnym amfiteatrze. Jedna malutka i urocza usiadła na moich kolanach, włożyła swoja dłoń w moją i wdzięczyła się patrząc słodko w oczy. Jej dwie kumpele w tym czasie próbowały otworzyć plecak, wygrzebać coś z kieszeni i odpiąć bransoletkę.

 W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o wioskę surferską położona na stromej skarpie. Siedzieliśmy przy stoliku jedząc nasi goreng i obserwując słońce leniwie chowające się za horyzontem. Potem zeszliśmy na brzeg oglądając odkryte przez fale odpływu różne dziwne morskie formacje i łaskawie pozwalając lokalesom robić sobie z nami zdjęcia. Dopiero po zachodzie słońca wyruszyliśmy w drogę powrotna do Kuty. 

Ulice na Bali są permanentnie, od rana do wieczora zakorkowane. Jeden za drugim samochody, głównie Toyoty wloką się w żółwim tempie. Miałam wrażenie, obserwując te niekończące się sznury pojazdów, że samochód na Bali dostaje się za karę. Zupełnie inaczej wygląda sprawa ze skuterami.
W niezliczonych ilościach śmigają po ulicach, nie imają się ich korki ani przepisy drogowe. Omijają stojące samochody z lewej, prawej i środkiem przeciskając się między nimi na grubości gazety. Kierowcy nie robią z tego problemu uprzejmie ustępując miejsca, zapewne głównie z obawy o stan lakieru swojego autka. Z tego, co widziałam na skuterze mieści się w porywach do sześciu pasażerów a także wszelkiego rodzaju sprzęty kilka razy większe od pojazdu i kierowcy razem wziętych. Przewozi się także liście palmowe, bambusy, trzodę, drób i co tylko.

My na szczęście na skuterach - faceci za sterami, damy jako balast – jechaliśmy coraz sprawniej w miarę nabierania przez naszych kierowców skuterowych skilsów. Oczywiście nie obyło się bez przygód, zgubiliśmy w ciemnościach Macieja & Kasz, naszych przewodników. Ale wychodząc z założenia, że skoro jesteśmy na wyspie, to w końcu i tak trafimy na miejsce, jechaliśmy dalej. No i trafiliśmy.

Zdjęcia: drugie Magdalena, ostatnie Longin reszta ja

28.10.2012

Dzień 2 BALI, Denpasar, Kuta




O 11:30 wysiedliśmy z mrożącego klimatyzacją samolotu na gwarnym i gorącym lotnisku w Denpasar. Znów zgubiliśmy godzinę. Długo kombinowaliśmy z wynajęciem taksówki do Kuty a i tak okazało się, że najtaniej jest w oficjalnym lotniskowym okienku.
W taksówce, przy kierownicy leżał talerzyk z ryżem, kwiatkami i ciasteczkami.

Balijczycy to bardzo religijny naród. Wierzą, że świat dzieli się na trzy sfery: wysoki świat dewów do którego przynależą bogowie i duchy przodków, ziemski świat demonów i przynależny ludziom kawałek leżący pośrodku. A jak wiadomo każdy, nawet bóg czy demon, jak głodny to zły, więc składają kilka razy dziennie ofiary w miejscach zamieszkania i pracy. Jest to jedzenie, które sami lubią, papierosy i kwiaty.


Agama hindu dharma to religia, odmiana hinduizmu, która występuje tylko na Bali. Zawiera w sobie elementy buddyzmu oraz animistycznych kultów lokalnych. Dzięki temu jest tak barwna i niesamowita.
Hinduizm indyjski sam w sobie jest bardzo skomplikowany a Balijczycy asymilując go dodali jeszcze sporo do siebie. Przykładem może być panteon balijskich bogów i bogiń, weźmy taką Durgę: w indyjskim hinduizmie jest uważana za jedno z kobiecych wcieleń Śiwy, boga paradoksów. Jego pełna pozornych sprzeczności natura w indyjskim hinduiźmie przejawia się tym, że może on przyjąć formę Paravati – łagodnej i pełnej macierzyńskich uczuć, lub Kali, mściwej i wrednej.
W hinduizmie balijskim Dewi Durga uważa się za małżonkę Dewa Siwa. Wraz z Dewa Siwa są niszczycielami negatywizmu. Podobną do Kali Jest Rangda, jedno z wcieleń Dewi Durga.
Kali, w indyjskim hinduizmie, stanowi bardzo ciemną i mściwą stronę Śiwy, w Balijski hinduizmie Rangda stanowi bardzo ciemna i mściwa stronę Dewi Durga.
 Rangda jest często przedstawiana jako Królowa Czarownic, ekspert w czarnej magii, krwiożerczy kanibal, wróg opiekunów Bali.
Tak to mniej więcej wygląda. Prawie tak zamotane jak „Moda na Sukces”.


Wizerunki bóstw i demonów widoczne są wszędzie, Garuda na kontuarze w hotelowej recepcji czy rzeźba stojąca na środku skrzyżowania i przedstawiająca boga wyrywającego flaki z brzucha jakiemuś demonowi. Groźnie wyglądający policjant ma kwiatek za uchem bo właśnie wrócił ze świątyni, a sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami banknotem, który od Ciebie dostała, trzepie po całym asortymencie „na szczęście”, bo jesteś jej pierwszym klientem dzisiaj. Każdy dom ma swoją świątynię rodzinną poświęconą duchom przodków i pomniejsze kapliczki dla bogów, w których składa się ofiary.

Sama architektura jest równie bajkowa, widać w niej olbrzymie poczucie estetyki Balijczyków, dbałość o detal i harmonię. Wszystko to robi olbrzymie wrażenie zwłaszcza w porównaniu z islamską częścią Indonezji którą widzieliśmy, jej prostym, prymitywnym budownictwem i ogólnym marazmem muzułmanów żyjących w duchu insz Allach.

 Brama do przeciętnego balijskiego domku jednorodzinnego
Wysiedliśmy na ulicy przy plaży i ruszyliśmy w poszukiwaniu hostelu. Na nasze nieszczęście był koniec Ramadanu, Bali przeżywało najazd imprezujących muzułmanów i na większości hostelowych bram wisiała tabliczka FULL. W końcu jednak udało się nam znaleźć pokoje, w opcji exclusive. Czyli zamiast wiatraka zamontowana była w nim klimatyzacja. Osobiście nie polecam. Chyba, że ktoś lubi mieć zapalenie płuc, czy złapać jakiegoś egzotycznego grzyba.
Tu nastąpiło moje pierwsze spotkanie z indonezyjską wersją łazienki. Co prawda toaleta była europejska a nie „na narciarza”, ale zamiast papieru toaletowego i stało sobie wiadro napełnione wodą z pływającym w nim nabierakiem. Pełniło ono również rolę spłuczki.


Indonezyjczycy dość swobodnie traktują sztukę projektowania instalacji wodno-sanitarnych i każda toaleta w nowo odwiedzonym hostelu czy restauracji dostarczała nam nowych wrażeń.

Po prowizorycznym rozpakowaniu i zimnym prysznicu (pokój nie był na tyle exclusive, żeby była w nim ciepła woda. Ale kto w Indonezji potrzebuje ciepłej wody?) poszliśmy na plażę. Przeciskaliśmy się wąskimi, kolorowymi uliczkami pełnymi kramów z pamiątkami, wypożyczalni desek surferskich, salonów tatuażu i masażu. Bladzi jak tyłek eskimosa (wszyscy prócz Madzi dbającej o swoja całoroczna opaleniznę) zdecydowanie odcinaliśmy się od otoczenia. 


Na plaży odgrodzonej od ruchliwej ulicy wysokim murem trwał właśnie odpływ. Łaziliśmy sobie po czarnym, wulkanicznym piachu. Brodziliśmy w wodzie witając się z oceanem i podziwiając widoczne na horyzoncie wulkany. 


Tu też pierwszy raz poczułam się jak celebrytka. Podbiegła do mnie mała Azjatka i zapytała, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie, bo jestem „beautiful”.
Ach, no przestań, ależ oczywiście, jak tak bardzo chcesz. 
Podobno wg Indonezyjczyków zdjęcie z białasem przynosi szczęście, więc podchodziła do nas zwykle grupa nastolatków i robiliśmy sobie słit focie w różnych konfiguracjach, żeby każdy się załapał. Powtarzało się to później na każdej wyspie, w każdej wiosce aż do momentu, kiedy skóra z matrixowobiałej zmieniła kolor na oliwkowy.

 Noc w Indonezji leżącej na równiku zapada szybko. Przed 19 było już ciemno. Kiedy zrobiło się chłodniej, wybraliśmy się w poszukiwaniu pożywienia. Szliśmy przez ciemną uliczkę pełną restauracji i kramów z jedzeniem, aż dotarliśmy do lokaleskiej wersji naszego baru Miś. Ustawiał się człowiek w kolejce przy gablocie z misami pełnymi różnych pyszności, dostawał koszyk wyścielony nieprzemakalnym papierem wypełniony ryżem. Pan z obsługi nakładał nam do tego ryżu to co wskazaliśmy z gablotki: smażone tofu, kurczak, krewetki, warzywa, makaron, orzeszki, przeróżne sosy i dodatki, w tym niesławny Sambal. Ja rzuciłam „mojemu” panu nakładaczowi hasło „no spicy” przez co wybór gwałtownie się skurczył. A to co dostałam i tak rozniecało ogień w przełyku, mimo to było pyszne. Byliśmy jedynymi turystami w Misiu, więc wzbudzaliśmy sensację a idąc przez lokal do toalety czułam na sobie spojrzenia niczym Nicole Kidman krocząca po czerwonym dywanie by odebrać Oskara.


W przewodnikach ostrzegają, co prawda, żeby nie stołować się w przydrożnych knajpkach i budkach z jedzeniem tylko restauracjach dla turystów. Ale tak na zdrowy rozum, lepiej jest zjeść świeże jedzenie w miejscu gdzie siedzi mnóstwo tubylców niż w pustawej restauracji dla turystów. Może i są tam kolorowe serwetki, ale i tak pracujący w kuchni nawyki dotyczące higieny mają zdecydowanie bardziej azjatyckie niż europejskie.
Przez całą podróż żadne z nas nie miało poważniejszych problemów z żołądkiem. Dużą zasługę w tym miał ostry jak pazur szatana sambal, indonezyjski sos chili. Wielkim jego fanem był Longin. Nakładał on sobie zawsze olbrzymie ilości tego specjału a potem siedział z łzawiącymi oczami łapiąc powietrze niczym karp wyciągnięty z wody. Tak, proszę państwa, sambal to nie zabawa dla amatorów. Obecnie, po długim, morderczym treningu Longin ma w tej dziedzinie czarny pas.

Zdjęcia: ostatnie Longin, reszta moi