Pokazywanie postów oznaczonych etykietą food. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą food. Pokaż wszystkie posty

19.11.2012

Dzień 8 FLORES Bajawa, Bena Village, Tololela Village

Vincenta nie znaleźliśmy ale zamiast niego znalazł się inny przewodnik, sympatyczny chłopak z dredami. Jego równie miły kolega słusznej postury był naszym kierowcą.


Plan mieliśmy napięty, na początek trekking do wioski Tololela, mniej znanej i odwiedzanej przez turystów niż Bena, mieszcząca się przy drodze asfaltowej prowadzącej do Bajawy.


Samochód zaparkował niedaleko Beny i stamtąd ruszyliśmy pieszo do Tololeli.
Szliśmy wąską, piaszczysto-kamienistą ścieżką przedzierając się przez chaszcze. Dookoła szumiały palmy i bambusowe zagajniki.

Co jakiś czasy wychodziliśmy z gęstego lasu i wtedy ukazywał się nam wspaniały widok na wulkany i dolinę. Zupełnie nie czuło się, że jesteśmy mniej więcej na poziomie chmur. Przewodnik pokazywał nam i opowiadał o różnych gatunkach roślin i sposobach ich wykorzystania przez mieszkańców Flores.


Nawet te znane jak kawa, kokosy czy ananasy rosnące w swoim naturalnym środowisku wyglądają, pachną i smakują zupełnie inaczej niż te dostępne w Polsce. Nie wiedziałam na przykład, że ananas wyrasta z rośliny o kształcie rozety z kolczastych liści. Zawsze rodzi ona tylko jeden owoc.


Po około dwóch godzinach marszu doszliśmy do Tololela.


Niewielka wioska z domami o wysokich dachach krytych strzechą. Ustawione były na palach dookoła schodkowych tarasów na środku wioski. Na tarasach stały cztery parasole z liści i grobowce. Starsze z kamienia i nowy, elegancki z błękitnych kafelek łazienkowych.


Mieszkańcy wioski nie zwracali na nas uwagi przyzwyczajeni pewnie do głupich turystów, którzy płacą kasę, żeby przyjść i wtykać nos w nieswoje sprawy.
Chodziliśmy więc i wtykaliśmy do domów, garnków i kurników robiąc zdjęcia i zaczepiając kury.


Gdy już nam się znudziło wróciliśmy na werandę domu, gdzie siedział przewodnik.
Podwórko dookoła upstrzone było rdzawymi plamami. Zastanawiałam się co to, kiedy usłyszałam odgłos splunięcia i ziemia zyskała nowe czerwone wzorki. Pani siedząca obok mnie właśnie pozbyła się starej porcji betelu i aplikowała sobie nową.
Przewodnik wyjaśnił, że kobietom nie wypada palić papierosów. Wypada za to żuć betel, orzeźwiającą i pobudzającą używkę, która powoduje barwienie zębów na czarno, śliny na czerwono, i ma też inne równie zabawne skutki uboczne jak wypadanie zębów.
Żałuję teraz, że nie przyszło mi do głowy spróbować gdy miałam okazję.


Przewodnik zaczął odpowiadać na nasze pytania i tak dowiedzieliśmy się, że ludzie mieszkający w wiosce są potomkami trzech ras których przedstawiciele przypływali w ciągu wieków na Flores: Aborygenów, Hindusów i Chińczyków. Faktycznie wzory wymalowane wewnątrz chat przypominały te aborygeńskie.


W wiosce najważniejsze są cztery rody, symbolizują je te cztery parasole umieszczone pośrodku placu. Na dachu każdego z domów znajduje się mały domek albo kukła wojownika co pokazuje, czy w danym domu głową rodu jest kobieta czy mężczyzna. Wiszące na chałupach girlandy z bydlęcych czaszek i szczęk to nie mające budzić grozę talizmany tylko pozostałość po wioskowych imprezach.


Wiedzą jak się bawić tam na tym całym Flores. Szacun w buszu bez dwóch zdań.
Plac w centrum wioski to miejsce, gdzie chowani są zmarli członkowie rodzin. Tylko ci ważni mają grobowce. Każdy dom wybudowany jest w zgodzie z doskonaloną przez pokolenia sztuką. Wysokie dachy służą jako magazyny pożywienia i  sprawiają, że w czasie upałów w środku nie jest gorąco. Dym z paleniska ogrzewającego chatę przegania zwierzęta i insekty. Każda część domu, ilość desek z których zbudowane są jego poszczególne części, malunki na ścianach, mają za zadanie chronić ich mieszkańców przed złymi duchami. Nic tam nie jest przypadkowe, wszystko na swoim miejscu i w doskonałym porządku.
Na Flores jest jeszcze sporo takich wiosek, tylko mniej dostępne niż Bena czy Tololela. Przewodnik sam pochodzi z jednej, do której marsz przez dżunglę zajmuje około sześciu godzin.
Mimo spartańskich jak na nasze standardy warunków życia jego statystyczna długość jest taka jak w Europie. Ludzie leczą się domowymi sposobami. Edukacja w Indonezji jest płatna. O ile za podstawówkę opłaty są groszowe, tak już na dalszą naukę stać nielicznych.
Pytania dotyczące wioski i jej mieszkańców nam się skończyły, i mogliśmy ruszać dalej.
Czy przeżył by sam w dżungli? Bez problemu. Jak, na przykład, znaleźć wodę? Widzicie te palmy? Kiedy był mały i chodził z kolegami do szkoły, która znajdowała się dwie godziny od wioski, robili ostrym, cienkim patykiem dziurę u podstawy drzewa, skąd wypływała czysta woda. Jak rozbić kokosa? Wyszarpujemy kilka włókien ze skorupy, łapiemy za nie, stajemy w rozkroku nad ostro zakończonym kamieniem i napier... uderzamy orzechem w kamień aż zacznie lecieć ze środka sok. Wtedy przerywamy czynność, wypijamy sok i walimy dalej aż się kokos połamie i będzie można wyjeść środek.
Jeden z najwspanialszych posiłków jaki w życiu jadłam: kokos wyciągnięty z rowu w środku dżungli.


Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do gorących źródeł. Infrastruktura kąpielowa składała się z bambusowej przebieralni, bambusowego kiosku z jedzeniem i bambusowego podestu przykrytego kilkumetrową płachtą starego plakatu wyborczego. Sprzedawca z kiosku użyczył nam talerzy i sztućców do obiadu który ze sobą przywieźliśmy. Usadowiliśmy się na twarzy pana z plakatu i zjedliśmy ryż.
Potem weszliśmy do wody o idealnej temperaturze. Była to nasza pierwsza i ostatnia gorąca kąpiel w ciągu tych trzech tygodni, i wykorzystaliśmy ją w pełni.
Z prawej strony płynęła pachnąca siarką woda podgrzana przez wulkan do temperatury około 60*, z lewej strumień wody zimnej. Łączyły się w obłokach pary i dalej płynęły już razem. W tym miejscu usadowiliśmy się my. Oprócz nas kąpieli połączonej z szorowaniem zażywali miejscowi. Kilka metrów wyżej, przy strumieniu gorącym panie robiły pranie. Pachniało mydlinami i siarką. Poszłyśmy do nich, użyczyły nam mydła i kamieni pumeksowych. Po całym dniu łażenia po lesie, kurzenia się w wulkanicznym pyle tego nam było trzeba.


Gdy już wytaplaliśmy się za wszystkie czasy, wyparzyliśmy i w wodzie gorącej i w naturalnym strumieniowym jacuzzi (niestety po stronie zimnej, gdzie zostałam podstępnie wciągnięta) Przewodnik uraczył nas mango i ananasem, po czym z żalem pożegnaliśmy gorące źródła i wróciliśmy do samochodu.
Wróciliśmy do punktu z którego rozpoczęliśmy całą wyprawę – wioski Bena. W porównaniu do Tololela była dużo większa i bardziej rozbudowana oraz dużo bardziej nastawiona na turystów o czym świadczyły sklepiki z miejscowymi wyrobami. Było około 18, zapadał zmierzch. Gęste chmury zdawały się schodzić z pobliskiego wulkanu w stronę wioski.


Pożerały okoliczną dżunglę by w końcu dotrzeć do pierwszych chałup i grobowców. Robiło się coraz mroczniej i posępniej.


Za nic całą mroczność i posępność miały dzieciaki, które z wrzaskiem grały w nogę, a gdy zrobiło się już całkiem ciemno i nie było widać piłki zainteresowały się nami.


Do Bajawy wracaliśmy w całkowitych ciemnościach.


Jazda w nocy dziurawą, ciągnącą się serpentynami przez bambusowe lasy górzystą drogą samo w sobie jest ekscytujące. Jazda tą drogą samochodem mrugającym wszystkimi kolorami tęczy, wewnątrz i na zewnątrz, w rytm jak to podsumował Longin „grubego czarnego rapu” to coś nie do opisania. Brzuch mnie bolał ze śmiechu. Właściciele samochodów na Flores lubią tuningować swoje pojazdy z godnym podziwu rozmachem. Świeci się, błyska i mruga w nich wszystko, co tylko możliwe a i parę niemożliwych części też.


Kiedy dojechaliśmy do miasta Przewodnik zapytał, czy nie chcemy jeszcze pojeździć po ulicach bo taka fajna impreza, szkoda kończyć. Spoko. Bujaliśmy się po centrum i okolicach świecąc i grając jak jakaś szalona katarynka z piekła rodem. Bajawa niestety nie jest duża i znudziło nam się przejeżdżanie przez to samo rondo po raz piąty. Musieliśmy jeszcze kupić bilety na autobus którym następnego dnia jechaliśmy do Labuan Bajo. Dworzec autobusowy był piękny. Różowy w środku i na zewnątrz budynek w środku którego, obok zaparkowanego samochodu terenowego na skórzanych kanapach siedziała cała rodzina właściciela spożywając posiłek. Pod tablicą odjazdów stał telewizor okryty pokrowcem. Okna w kwiatki, na ścianach obrazki, widać było, że ktoś dba i kocha.

12.11.2012

Dzień 6 FLORES, Ende, Moni


„Wstaliśmy przed/o wschodzie słońca” od tej pory będzie się często powtarzać. Ale cóż, nikt nie mówił, że jedziemy na te wczasy odpocząć. 
Wczesnym rankiem byliśmy już na lotnisku, odprawieni w terminalu dla lotów krajowych i czekaliśmy na ogłoszenie naszego lotu i otwarcie bramki. Czekaliśmy... czekaliśmy... mijała godzina... i następna... kilka razy upewniając się, że samolot jeszcze nie odleciał stawaliśmy się coraz bardziej głodni. Na szczęście miałam jeszcze orzeszki z Polski, znalazła się suszona fasola i miętusy, do tego ruda i było całkiem znośnie na tej posadzce z indonezyjskiego pcv.
Po tym doświadczeniu zawsze zabierałam ze sobą do podręcznego plecaka dyżurne słodko-słone krakersy i karmiłam wygłodniałych współtowarzyszy w chwilach ograniczonego dostępu do pożywienia, czyli dość często.
instrukcja obsługi europejskiej wersji toalety na drzwiach wc

Było już dobre kilka godzin po planowej godzinie odlotu. W końcu pan z obsługi nas zawołał i ruszyliśmy na płytę lotniska zaciekawieni jak będzie wyglądał nasz podniebny rydwan. Samolocik był mały, ale wariat. Wystartował z wyciem silników i gładko polecieliśmy w stronę Flores. Po drodze było jeszcze międzylądowanie na jakiejś wysuszonej wyspie, gdzie wysiedli Hiszpanie, którzy z nami lecieli i zostaliśmy jedynymi białasami w samolocie.


Flores, Wyspa Kwiatów, dzięki Portugalczykom jedyna „katolicka” wyspa w największym muzułmańskim kraju świata. Obecnie w głębi lądu mieszkają katolicy wybrzeże za to zamieszkuje sporo muzułmanów. Ze wstrząsających ciekawostek: w 2003 roku odkryto tu nowy gatunek człowieka nazwany Homo floresiensis, jego przedstawiciele żyli na ziemi jeszcze co najmniej 12k lat temu. Do XIXw spotykany był na wyspie przez tubylców którzy nazywali go Ebu Gogo.

Dolecieliśmy na miejsce i pokrzepieni szklanką wody i suchą bułką, które to serwowano w samolocie, wyszliśmy na płytę lotniska w Ende. Było gorąco i parno, żar bił od nagrzanego asfaltu, ale widok zapierał dech. Stożki wulkanów porośnięte dżunglą, kwiaty i palmy. Prawdziwa dzikość panie. Weszliśmy do maleńkiego terminalu gdzie usiedliśmy czekając na bagaże i mając nadzieję, że nie zostały gdzieś po drodze. Taśma bagażowa była krótka i kończyła się przy wejściu do WC więc trzeba było zachować czujność i wykazać się refleksem, żeby nie wyciągać plecaka z toalety. Mieszkańcy Flores niżsi i ciemniejsi niż ci z Bali tłoczyli się za szklanymi drzwiami obserwowali nas przylepieni do szyby. Wyglądało to dość abstrakcyjnie, jak w filmie o zombi.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz obskoczyli nas właściciele taksówek. Naszym celem była wioska Moni, z której chcieliśmy się dostać na Kelimutu. Cena za dojazd tam wydawała się jednak zbyt wygórowana postanowiliśmy, że pójdziemy do centrum Ende coś zjeść a potem spróbujemy złapać jakiś tańszy transport. Po kilku kilometrach złapaliśmy mały lokalny autobus Bemo, który nas zawiózł do knajpy. Bemo ma magiczne właściwości rozciągania się. Pomieścił bowiem naszą szóstkę, plecaki, kierowcę plus dwóch chłopaków do obsługi i kilkoro ciągle zmieniających się pasażerów, a kiedy pierwsza do niego wsiadałam wydawało się, że sześć osób to max. Azjatyckie czary.
Centrum okazało się wymarłe, wszystkie sklepy pozamykane na głucho. Restauracja do której dotarliśmy, znaleziona w jedynym słusznym [bo dosłownie jedynym] przewodniku po Indonezji i wychwalana tam pod niebiosa na szczęście była otwarta. Jak większość miejsc, które się w tej księdze znalazły podniosła ceny dla turystów do absurdalnej wysokości w stosunku do tego, co miała do zaoferowania. To był ostatni raz, kiedy kierowaliśmy się przewodnikiem w celu znalezienia czegokolwiek.


Po takim sobie posiłku rozpoczęliśmy kolejny quest: poszukiwanie transportu do Moni w rozsądnej cenie. Po drodze odkryliśmy kolejne pyszne danie, Terang Bulan. Słodki, gruby naleśnik wypełniony wiórkami kokosowymi i orzeszkami zdobył nasze żołądki.
Czas mijał, wieczór się zbliżał a my wciąż byliśmy w Ende. Na szczęście sympatyczne i znudzone dzieciaki przejęły się naszym losem i okazało się, że jedna taka zna kogoś, kto ma znajomego, który ma Bemo i może nas zawieść za tyle, ile proponujemy. Super.


Wsiedliśmy do Bemo, który prowadził chłopak, po przyjrzeniu się góra piętnastoletni, wspierany przez swoich młodszych kolegów. Zapodali grubą muzę i ruszyliśmy w drogę.
Zrobiło się ciemno, kierowca Bemo musiał wybrać między słuchaniem muzyki a włączeniem świateł. Długo się zastanawiał i jechaliśmy drogą wijącą się serpentynami po stromym zboczu w zupełnej ciemności. Chłopaki w miarę upływu czasu traciły animusz i widać było, że chcą jak najszybciej zakończyć przygodę. Przez całą drogę mijaliśmy roboty drogowe, które w nocy trwały w najlepsze. Jakimś cudem mijaliśmy olbrzymie koparki, przejeżdżaliśmy za walcem po świeżo wylanym asfalcie. W ciemnościach widać było tylko migające światła i pewnie - na szczęście - nie byliśmy świadomi tego co się tam dzieje.


Po kilku godzinach dojechaliśmy do Moni, zmęczeni i wytelepani solidnie. Była to niewielka wioska, w której wynajęliśmy pokoje w pierwszym hostelu do którego weszliśmy.
Mimo tego, że jedynym przedstawicielem insektów była modliszka siedząca na progu pokoju, nad łóżkami zawieszone były firanki-moskitiery w kwiatki, pamiętające pewnie pierwszego podróżnika nocującego w tym hostelu w zeszłym stuleciu.


Z właścicielem kurortu, który miał tylko dwa zęby ale za to były to zęby długie i solidne, umówiliśmy się, że załatwi nam transport na wulkan. Przed wschodem słońca, który chcieliśmy zobaczyć już na górze. Moni położona jest około 600m n.p.m. u podnóży wulkany Kelimutu o wysokości 1645m n.p.m.. Było zimno i tym razem codzienny prysznic w lodowatej wodzie (chyba zapomniałam wspomnieć, że przez całą podróż ani razu nie wzięliśmy gorącego prysznica) nie należał do przyjemności, a herbata z imbirem wypita w jedynej w wiosce knajpce bardzo potrzebna.

28.10.2012

Dzień 2 BALI, Denpasar, Kuta




O 11:30 wysiedliśmy z mrożącego klimatyzacją samolotu na gwarnym i gorącym lotnisku w Denpasar. Znów zgubiliśmy godzinę. Długo kombinowaliśmy z wynajęciem taksówki do Kuty a i tak okazało się, że najtaniej jest w oficjalnym lotniskowym okienku.
W taksówce, przy kierownicy leżał talerzyk z ryżem, kwiatkami i ciasteczkami.

Balijczycy to bardzo religijny naród. Wierzą, że świat dzieli się na trzy sfery: wysoki świat dewów do którego przynależą bogowie i duchy przodków, ziemski świat demonów i przynależny ludziom kawałek leżący pośrodku. A jak wiadomo każdy, nawet bóg czy demon, jak głodny to zły, więc składają kilka razy dziennie ofiary w miejscach zamieszkania i pracy. Jest to jedzenie, które sami lubią, papierosy i kwiaty.


Agama hindu dharma to religia, odmiana hinduizmu, która występuje tylko na Bali. Zawiera w sobie elementy buddyzmu oraz animistycznych kultów lokalnych. Dzięki temu jest tak barwna i niesamowita.
Hinduizm indyjski sam w sobie jest bardzo skomplikowany a Balijczycy asymilując go dodali jeszcze sporo do siebie. Przykładem może być panteon balijskich bogów i bogiń, weźmy taką Durgę: w indyjskim hinduizmie jest uważana za jedno z kobiecych wcieleń Śiwy, boga paradoksów. Jego pełna pozornych sprzeczności natura w indyjskim hinduiźmie przejawia się tym, że może on przyjąć formę Paravati – łagodnej i pełnej macierzyńskich uczuć, lub Kali, mściwej i wrednej.
W hinduizmie balijskim Dewi Durga uważa się za małżonkę Dewa Siwa. Wraz z Dewa Siwa są niszczycielami negatywizmu. Podobną do Kali Jest Rangda, jedno z wcieleń Dewi Durga.
Kali, w indyjskim hinduizmie, stanowi bardzo ciemną i mściwą stronę Śiwy, w Balijski hinduizmie Rangda stanowi bardzo ciemna i mściwa stronę Dewi Durga.
 Rangda jest często przedstawiana jako Królowa Czarownic, ekspert w czarnej magii, krwiożerczy kanibal, wróg opiekunów Bali.
Tak to mniej więcej wygląda. Prawie tak zamotane jak „Moda na Sukces”.


Wizerunki bóstw i demonów widoczne są wszędzie, Garuda na kontuarze w hotelowej recepcji czy rzeźba stojąca na środku skrzyżowania i przedstawiająca boga wyrywającego flaki z brzucha jakiemuś demonowi. Groźnie wyglądający policjant ma kwiatek za uchem bo właśnie wrócił ze świątyni, a sprzedawczyni w sklepie z pamiątkami banknotem, który od Ciebie dostała, trzepie po całym asortymencie „na szczęście”, bo jesteś jej pierwszym klientem dzisiaj. Każdy dom ma swoją świątynię rodzinną poświęconą duchom przodków i pomniejsze kapliczki dla bogów, w których składa się ofiary.

Sama architektura jest równie bajkowa, widać w niej olbrzymie poczucie estetyki Balijczyków, dbałość o detal i harmonię. Wszystko to robi olbrzymie wrażenie zwłaszcza w porównaniu z islamską częścią Indonezji którą widzieliśmy, jej prostym, prymitywnym budownictwem i ogólnym marazmem muzułmanów żyjących w duchu insz Allach.

 Brama do przeciętnego balijskiego domku jednorodzinnego
Wysiedliśmy na ulicy przy plaży i ruszyliśmy w poszukiwaniu hostelu. Na nasze nieszczęście był koniec Ramadanu, Bali przeżywało najazd imprezujących muzułmanów i na większości hostelowych bram wisiała tabliczka FULL. W końcu jednak udało się nam znaleźć pokoje, w opcji exclusive. Czyli zamiast wiatraka zamontowana była w nim klimatyzacja. Osobiście nie polecam. Chyba, że ktoś lubi mieć zapalenie płuc, czy złapać jakiegoś egzotycznego grzyba.
Tu nastąpiło moje pierwsze spotkanie z indonezyjską wersją łazienki. Co prawda toaleta była europejska a nie „na narciarza”, ale zamiast papieru toaletowego i stało sobie wiadro napełnione wodą z pływającym w nim nabierakiem. Pełniło ono również rolę spłuczki.


Indonezyjczycy dość swobodnie traktują sztukę projektowania instalacji wodno-sanitarnych i każda toaleta w nowo odwiedzonym hostelu czy restauracji dostarczała nam nowych wrażeń.

Po prowizorycznym rozpakowaniu i zimnym prysznicu (pokój nie był na tyle exclusive, żeby była w nim ciepła woda. Ale kto w Indonezji potrzebuje ciepłej wody?) poszliśmy na plażę. Przeciskaliśmy się wąskimi, kolorowymi uliczkami pełnymi kramów z pamiątkami, wypożyczalni desek surferskich, salonów tatuażu i masażu. Bladzi jak tyłek eskimosa (wszyscy prócz Madzi dbającej o swoja całoroczna opaleniznę) zdecydowanie odcinaliśmy się od otoczenia. 


Na plaży odgrodzonej od ruchliwej ulicy wysokim murem trwał właśnie odpływ. Łaziliśmy sobie po czarnym, wulkanicznym piachu. Brodziliśmy w wodzie witając się z oceanem i podziwiając widoczne na horyzoncie wulkany. 


Tu też pierwszy raz poczułam się jak celebrytka. Podbiegła do mnie mała Azjatka i zapytała, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie, bo jestem „beautiful”.
Ach, no przestań, ależ oczywiście, jak tak bardzo chcesz. 
Podobno wg Indonezyjczyków zdjęcie z białasem przynosi szczęście, więc podchodziła do nas zwykle grupa nastolatków i robiliśmy sobie słit focie w różnych konfiguracjach, żeby każdy się załapał. Powtarzało się to później na każdej wyspie, w każdej wiosce aż do momentu, kiedy skóra z matrixowobiałej zmieniła kolor na oliwkowy.

 Noc w Indonezji leżącej na równiku zapada szybko. Przed 19 było już ciemno. Kiedy zrobiło się chłodniej, wybraliśmy się w poszukiwaniu pożywienia. Szliśmy przez ciemną uliczkę pełną restauracji i kramów z jedzeniem, aż dotarliśmy do lokaleskiej wersji naszego baru Miś. Ustawiał się człowiek w kolejce przy gablocie z misami pełnymi różnych pyszności, dostawał koszyk wyścielony nieprzemakalnym papierem wypełniony ryżem. Pan z obsługi nakładał nam do tego ryżu to co wskazaliśmy z gablotki: smażone tofu, kurczak, krewetki, warzywa, makaron, orzeszki, przeróżne sosy i dodatki, w tym niesławny Sambal. Ja rzuciłam „mojemu” panu nakładaczowi hasło „no spicy” przez co wybór gwałtownie się skurczył. A to co dostałam i tak rozniecało ogień w przełyku, mimo to było pyszne. Byliśmy jedynymi turystami w Misiu, więc wzbudzaliśmy sensację a idąc przez lokal do toalety czułam na sobie spojrzenia niczym Nicole Kidman krocząca po czerwonym dywanie by odebrać Oskara.


W przewodnikach ostrzegają, co prawda, żeby nie stołować się w przydrożnych knajpkach i budkach z jedzeniem tylko restauracjach dla turystów. Ale tak na zdrowy rozum, lepiej jest zjeść świeże jedzenie w miejscu gdzie siedzi mnóstwo tubylców niż w pustawej restauracji dla turystów. Może i są tam kolorowe serwetki, ale i tak pracujący w kuchni nawyki dotyczące higieny mają zdecydowanie bardziej azjatyckie niż europejskie.
Przez całą podróż żadne z nas nie miało poważniejszych problemów z żołądkiem. Dużą zasługę w tym miał ostry jak pazur szatana sambal, indonezyjski sos chili. Wielkim jego fanem był Longin. Nakładał on sobie zawsze olbrzymie ilości tego specjału a potem siedział z łzawiącymi oczami łapiąc powietrze niczym karp wyciągnięty z wody. Tak, proszę państwa, sambal to nie zabawa dla amatorów. Obecnie, po długim, morderczym treningu Longin ma w tej dziedzinie czarny pas.

Zdjęcia: ostatnie Longin, reszta moi